|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Jeszcze w chmurachJednego niedzielnego popołudnia w Ozurgeti pojawił się Paweł, a wraz z Pawłem powiew beztroskiego entuzjazmu i pomysł ruszenia w gruryjskie góry. Wieczorem zasiedliśmy wśród map i ciesząc się na te góry jak wariaci zaczęliśmy planować niedługą wycieczkę. Efekt dyskusji był raczej mglisty – wyruszymy rano i wespniemy się na jakiś szczyt, a po południu chmury będą wisieć na tyle nisko, że z tego szczytu co nań wleziemy zobaczymy zachód słońca i ten zachód słońca ponad chmurami to będzie coś… Potem gdzieś wrócimy albo i nie. Może i trochę próbowaliśmy jeszcze później powyższy plan skonkretyzować, niemniej jednak najmocniejszym jego punktem do samego końca pozostało jedynie to, że wstajemy o 6:00. Skoro świt zerwaliśmy się więc, choć świt to może nie najlepsze słowo, bo Ozurgeti pogrążone było przez jeszcze co najmniej dwie godziny w ciemnościach. Ubabrani w poranną szarówkę stanęliśmy na poboczu drogi świecącej pustkami. Wydziwiając na Gruzinów, co wstają późno i ani myślą zabierać nadgorliwych stopowiczów, odmawiając kilkakrotnie piekarzom zapraszających nas do ogrzania się w ichniej piekarence ruszyliśmy wzdłuż szosy, by jakoś jednak zacząć naszą podróż. Pierwsze auto zabrało nas dopiero gdzieś z kresów miasta. Po kawałku, pomalutku, po kilka lub w najlepszym wypadku kilkanaście kilometrów z jednym kierowcą dotarliśmy do Chokhatauri. Nie znajdując w mijanych sklepikach świeżego chleba, kupiliśmy wczorajszy, nie znajdując dżemu, zaopatrzyliśmy się w czekoladę i tak wyposażeni obraliśmy kierunek na Bakhmaro. Jakby na przekór, z każdym kolejnym samochodem i z każdym kolejno zagadywanym przez nas kierowcą, miejsce owo stawało się w moim wyobrażeniu coraz bardziej odległe – dużo śniegu i wilki, latem to to tak, ale teraz to tam tylko góry, śnieg i wilki. Nie za bardzo przejmowaliśmy się sceptycznymi prognozami miejscowych. Konsekwentnie acz powoli, trochę stopem, trochę pieszo wznosiliśmy się wyżej i wyżej nad poziom morza. Okolica z rodzaju tych, gdzie jest jedna asfaltowa droga, sprytnie i zapewnie z niejakim trudem ułożona pośród wzniesień, zachęcała do wędrówki i budziła w nas niezwykłe zdecydowanie w odmawianiu picia wódki, które jeszcze grubo przed południem przedstawiono nam jako alternatywę do szwendania się po jakiś tam górach. Nie da się także ukryć, że przywoływane również jako argument za zostaniem w jednej czy drugiej wiosce wilki nie robiły na nas zbyt wielkiego wrażenia. Może to była ignorancja, może bezmyślność lub po prostu z lekka absurdalne i niewyszukanie poczucie humoru, albo i nawet wszystko razem, ale jakoś nie potrafiłam wziąć na poważnie ostrzeżeń przed wilkami. Bo przy mojej marnej znajomości rosyjskiego słowo wilk w tym języku nijak nie brzmi groźnie… wolk, wolki, ot wolk i zajac z prószącego telewizora, a nie rzeczywiste stworzenie co ma cztery łapy i zęby. Dzień przybierał na sile, upływały minuty. W pewnym momencie rześkie powietrze wypełniły igiełki lodowatego deszczu, a już kilkanaście metrów wyżej zastąpiły je delikatne płatki śniegu. Białe przestrzenie niepostrzeżenie wyparły z krajobrazu zielonkawe pagórki. Niemożliwie długa i łagodna jesień pozostała za nami, w dolinie, a my minąwszy ja, otuleni płaszczem zimy szliśmy wciąż w górę i tylko nasz plan się nie realizował, bo zaraz za ostatnią wioską, do której cokolwiek jeździło wstąpiliśmy w chmury i już w tych chmurach pozostaliśmy. Nie udało nam się znaleźć leśnej ścieżki, nie udało nam się wyjść wysoko, ponad obłoki, nie udało nam się zobaczyć zachodu słońca i nawet z wielokrotnie obiecywanych wilków nic nie wyszło. Pobrodziwszy chwilę czasu w śniegu i chmurach złapaliśmy pierwszą, ostatnią i jedyną tego dnia marszrutkę do Ozurgeti. Tak to czasem bywa, zuchwale wyznaczony cel nie został osiągnięty, Paweł wyjechał i tylko dzień później nie mogłam powstrzymać głupkowatego uśmiechu słuchając opowieści o policjantach, którzy odmówili wyjazdu w stronę Bakhmaro po tym jak wilki zeżarły gdzieś tam wysoko (pewnie ponad chmurami) siedem krów… piątek, 28 stycznia 2011, rywka18
|