|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Likier z różyTo jest kolejna historyjka, która nie wiadomo właściwie gdzie się zaczyna i gdzie kończy. To jeszcze tylko kilka chwil zawieruszonych między dniami na wskroś powszednimi. Chwil, po których pozostał posmak płatków róży z półlitrowej flaszeczki… Z początkiem lutego w Ozurgeti ponownie zjawił się Paweł i jeszcze raz, pomiędzy noszeniem wody w zielonym wiadrze, a piciem herbaty z czerwonych kubków, rozgorzały ogniki pomysłów na jutro. Gdzie by tu można pojechać, co by tu można zobaczyć w te krótkie, leniwie chlupoczące od śniegu i deszczu dni. Ktoś powiedział nam, że w Lichauri możemy znaleźć domowe muzeum Stalina. Z ciekawości czy nudy wybraliśmy się tam zaraz następnego przedpołudnia. Gruzini, co zabrali nas na stopa, zaangażowali się rzecz jasna w zorganizowanie tej wizyty. Dojechawszy do centrum wsi zapytali kogo trzeba o muzeum i o klucze, potem oddali nas w ręce odpowiedniego człowieka i odjechali w swoją stronę. Lekko posiwiały pan otworzył drzwi do drewnianego domu usytuowanego tuż obok tego, w którym mieszkał. Weszliśmy do środka. Nic nie wyglądało tak jak trzeba, to znaczy tak jak się spodziewaliśmy, o ile w ogóle nasze oczekiwania miały jakąś skonkretyzowana postać, bo chyba nie miały… wszystko jedno. Budynek był nowy, świeże, jasne drewno. W środku kilka pokoi. Przechadzając się po nich nieśpiesznie i niepewnie, patrzyliśmy na zdjęcia wiszące na ścianach i zastanawialiśmy się czyje to muzeum, bo na pewno nie Stalina. Może jakiś pisarz? To się dopiero nazywa ignorancja… W jednym pomieszczeniu obejrzeliśmy wąskie, staroświecki łóżko, kominek i dwie ikony, w pozostałych tylko fotografie ludzi, o których nie wiedzieliśmy nic. Zmierzając do wyjścia mimo wszystko zaryzykowaliśmy pytanie o Soso. Starszy pan odpowiedział nam, że owszem, był w Lichauri taki człowiek, który w swoim własnym domu urządził wystawę pamiątek po ojcu narodów. Ale ten człowiek umarł przed dziesięciu laty – Stalin był zły – kontynuował – a wy jesteście młodzi i dobrzy i wszystko chcecie wiedzieć i zobaczyć. Ten dom, którego szukacie stoi pusty, a teraz chodźcie, będziecie moimi gośćmi! – zawyrokował w końcu, no i poszliśmy w gościnę. Nasz gospodarz, jeszcze w drodze miedzy jednym budynkiem a drugi, opowiedział nam o Polakach poznanych dawno temu w Leningradzie, o tym jacy to byli ludzie, jacy przyjaciele i jak nigdy nie udało mu się dostać paszportu na wyjazd w odwiedziny… Po raz kolejny miałam wrażenie, że zbieram całe morze życzliwości zasianej w ciągu chwili i wyrosłej bujnie przez lata, przeznaczonej dla obcych mi ludzi, którzy mówili tym samym językiem. Te historie przewijają się na bazarach i w marszrutkach, służba wojskowa pod Zieloną Górą albo na Mazurach, rodzina na Śląsku, siostra co ma męża Polaka, brat, co u niego jest za żonę Polka, wizyty stowarzyszeń kulturalnych i sportowych w latach siedemdziesiątych, czasem polscy przodkowie, których los z pomocą carskiej armii rzucił właśnie na Kaukaz… Czasami mam wrażenie, że każdy Gruzin czuje się z Polską jakoś powiązany. I jeśli nawet nie są to osobiste doświadczenia to w ostateczności pozostają jeszcze Czterej pancerni i polityka… Zabrawszy nas do domu muzealnik przedstawił nam swoją żonę, przyniósł owoce i wino. Siedząc przy ledwo co rozpalonym kominku mówił o dobrych Polakach, grozie i geniuszu Stalina oraz złych Rosjanach. Za to ostatnie rugała go małżonka, żeby nie generalizował, nie gadał. A on obruszał się i odpowiadał, że my przecież nie KGB. Gdy zamykała drzwi dodawał jeszcze, że Polki to takie kobiety, że on by tą żonę chętnie teraz zamienił. Mamrotaliśmy, że nie potrzebne takie zamiany i sączyliśmy swoje wino w rytmie kolejnych toastów. Starsi państwo głaskali nas łagodnymi słowami, a my grzaliśmy się na zmianę ciepłem ich głosów i drewna płonącego w kominku. W oczekiwaniu na obiad co rusz układali na stole domowe przetwory, krzątali się po mieszkaniu. Wypatrzywszy butelkę z zawartością koloru palonego cukru przelałam ukradkiem swe kwaśne wino do Pawłowego kieliszka i sięgnęłam po półlitrową flaszeczkę, by móc się przekonać czy przeczucie, iż skrywa coś słodkiego było trafnym. Gęsty i lepki, brązowawy płyn z kieliszka nie zdradził się zapachem. Zanim spróbowaliśmy likieru, oglądaliśmy go pod światło starając się odgadnąć, z czego został przygotowany. Ale ani oczy, ani nozdrza, ba! nawet kubki smakowe nie rozpoznały co też im przyszło próbować. Może dlatego, że był to smak dotychczas nieznany? Domowy likier z kwiatków róży… ta nazwa mówi sama za siebie. Łagodna słodycz przypadkowych znajomości. Delikatne uśmiechy, mocne uściski dłoni, przemijalność chwil i niezmienność trwania. Zapachy i uczucia co ożywają tylko poprzez powtarzanie… zostawiając gdzieś za sobą Lichauri przyszło mi na myśl, że gdy już wrócę do Polski będę tam czekała na dni spod znaku likieru z kwiatów róży tak jak nasz gospodarz na tych Polaków z Leningradu.
czwartek, 10 lutego 2011, rywka18
|