|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Marszrutki do końca świata...Rozciągnięte na przestrzeniach wykładziny asfaltu, koleiny wyżłobione w glinie, kurz poboczy, prędkość wiatru wpadającego przez szyby. Droga. Filozofia drogi, filmy drogi, znaki drogowe. Ruch to znaczy trwanie. Słowo droga ma wymiar symboliczny, metaforyczny. Tak jak koła samochodów ocierają się o jezdnię, droga ociera się o metafizykę. Droga do celu, cel sam w sobie, jedno słowo, morze możliwości. Na Kaukazie droga to marszrutki. A w marszrutkach samo życie. Marszrutka bywa wyzwaniem, bywa i przygodą. Ozurgeti – Meria Przyjdę pewnie pierwsza, wsiądę do środka i cierpliwie będę czekać, aż marszrutka wypełni się po brzegi pasażerami. Przednia szyba będzie popękana, ludzie będą wsiadać i wysiadać, coś tam jeszcze załatwiać, palić papierosy. Będzie coraz tłoczniej, coraz duszniej, coraz gwarniej. Będziemy tak czekać, piętnaście minut, czterdzieści… – Meria? – spyta w końcu pan od biletów z wiecznie rozbieganym wzrokiem. – Ki – odpowiem, podam mu 70 tetri, a on patrząc już gdzie indziej, wciśnie mi w rękę kwadratowy świstek papieru, przypominający banderole od papierosów albo wódki, z odręcznie wypisaną nazwą miejscowości. Po drodze wyminiemy kilka krów na moście tuż za miastem, może zboczymy z kursu żeby podrzucić kogoś z workiem ziemniaków pod sam dom, albo będziemy czekać przed jakąś furtką, na kobietę w średnim wieku, żeby odebrała od kierowcy przywiezione z miasta buty czy torebkę. Wysiądę przed szkołą albo tuż za, jeśli się zagapię lub za cicho poproszę o zatrzymanie. Wysiadając oddam kierowcy zwilgotniały i pomięty od wielokrotnego użytku papierek. Wrócę pewnie stopem, bo droga z powrotem i tak zawsze jest dłuższa. Tbilisi – Ozurgeti Wsiadam jako ostatni pasażerka. W marszrutce jest niewiele ponad dziesięć osób. Z pięciu kobiet, dwie trzymają jeszcze na kolanach dzieci. Na podłodze porozkładane są różnej wielkości paczki i ledwie udaje mi się upchnąć między nimi swój plecak. Przez chwilę zastanawiam się co zajmuje cały obszerny tył pojazdu – spoglądam uważnej, a tam, worki czerwonej fasoli! – Co to za różnica z kim lub czym tym razem będę podróżować – myślę sobie – ważne, że auto jest pełne i za chwile wyruszymy, a po pięciu godzinach w jednej, średnio wygodnej, pozycji będę w Ozurgeti. Przez miasto jedziemy jakoś wolno, zastanawiam się czy to kwestia tego, że przez miasto czy tego, że z tą fasolą… wyjeżdżamy z Tbilisi, a nasza marszrutka dalej porusza się ślamazarnie – czyli chyba te worki… Wyciągam lekko głowę i przez ramię kierowcy zerkam na tarczę licznika – 40 km/h na wcale nie zapchanej, jeszcze równej i jeszcze szerokiej drodze… W myślach zaczynam przeklinać sama siebie, za to że władowałam się do tego fasolowego transportu zamiast wrócić np. stopem. Siedzę upchnięta między Gruzinkami, w pozycji, w której zdjęcie szalika urasta do ragi kilkunastominutowego przedsięwzięcia. Patrzę w okno, patrzę jak wymijają nas kolejne auta, i zastanawiam się ile mamy ze sobą tej pieprzonej fasoli. Potem znowu na licznik i jeszcze raz na drogę i w nicość godzin przetraconych w jazdach wszelakich… i na licznik i drogę… po godzinie zorientowałam się w końcu, że licznik nie działa… Kutaisi – Ozurgeti Byliśmy już trochę zmęczeni. Zmęczenie zmienia punkt widzenia. Nadaje rzeczą postać błahą, stonowaną lub właśnie wyolbrzymioną, nierzeczywistą, zakrawającą na abstrakcję czy szaleństwo. Przez okna sączyło się listopadowe, ciepłe światło. Czekając na komplet pasażerów siedzieliśmy w marszrutce na parkingu ponad dwie godziny. W tym czasie podszedł do nas tuzin kobiet sprzedających chaczapuri, ciastka, sznurówki, pestki słonecznika, czy cokolwiek innego, co też można unieść w dwóch tylko dłoniach służących za całym kram. Przychodziły jeszcze cyganki gotowe wróżyć po rosyjsku i gruzińsku i w obu tych językach złorzeczyć i przeklinać nieszczęsnej parze podróżnych, co nie chcieli słuchać o wielkiej miłości i wielkim szczęściu, które one niechybnie wymalowałyby przed nimi w zaledwie pięć minut i za rozsądną cenę… po dwóch godzinach w tym dusznym bezruchu otaczające nas rzeczy straciły ostrość i sens, stały się w pewnym sensie przejrzyste, bo patrząc na gwarny i tłocznym parking widziałam jak skończone obrazy swoje własne myśli. Ruszyliśmy w końcu. Wyobcowana, jakby z daleka obserwowałam ukradkiem siedzącą obok mnie kobietę. Sąsiadka, co rusz wyrywana z jednostajnej podróży głośnym dzwonkiem w rytmie kiepskiej jakości rosyjskiego disco, po skończonej rozmowie przecierała wyświetlacz telefonu chusteczką lub ręką i przed zamknięciem całowała go z powagą i nabożnie. Patrzyłam na nią, umieszczoną gdzieś poza granicami moich zmysłów, jak na przywidzenie i dopiero po którymś kolejnym telefonie zdołałam dostrzec, że na ekranie jej komórki widnieje ikona matki boskiej… Batumi – Makhinjauri Dworzec kolejowy miasta Batumi znajduje się de facto poza tym miastem i trzeba dojechać do niego marszrutką. Jestem w Batumi po raz pierwszy, czyli że z batumskimi marszrutkami też mam po raz pierwszy do czynienia. Przymierzam się do otworzenia drzwi odpowiednio silnym szarpnięciem, kiedy to drzwi automatycznie otwierają się przed mną. Z nieukrywanym zdziwieniem wchodzę do środka. A w środku pierwszym rzutem oka dostrzegam skórzane siedzenia. Po doświadczeniach z pojazdami prowincjonalnej Guri czuję się porażona przepychem panującym w środkach komunikacji miasta-kurortu. Tego uczucia dopełnia fakt, że zamiast smętnych rosyjskich piosnek o nieszczęśliwych dziewoczkach czy malczikach do moich uszu dobiega nagranie Celine Dion My Heart Will Go On. Inna kwestią pozostaję, że kierowca puszcza je raz za razem podczas całej, na szczęście krótkiej, podróży. Ozurgeti – Poti – Zugdidi Z Ozrurgeti do Poti jadę bez przygód. Jest tylko trochę tłoczno, kilka dzieci, jakiś pies. Przez całą drogę obserwuję jak z nieba spływają hektolitry deszczu. Zza zaparowanych szyb wypatruję mostów rozrzuconych na rzekach uchodzących do morza, bo nie wiem dlaczego, ale żadnych mostów nie lubię tak, jak właśnie te budowane tuż przy ujściach rzek do mórz… Po godzinie jazdy muszę się przesiąść. Na dworcu w Poti panują jakieś dziwne zwyczaje, żeby jechać do Zugdidi trzeba kupić bilet (!) w kasie (!). No nic, kupuję bilet (!) w kasie (!) i uciekając przed deszczem wpycham się do przepełnionej już marszrutki. Zgięta w pół, z plecakiem między nogami w myślach złorzeczę deszczowi, co przyszedł właśnie wtedy, gdy przychodzić nie powinien, wymyślam marszrutce, która jest znowu tak cholernie zapchana… perspektywa dwóch godzin w takiej a nie innej, przykurczonej pozycji zaczyna podkopywać mój optymizm i właśnie wtedy, gramoląc się z samego końca pojazdu, czarnowłosy policjant ustępuje mi miejsca. Teraz to on stoi zgięty w pół, a jego spodnie powoli przemiękają od mojego plecaka… Kobuleti – Ozurgeti Właściwie to nie wiem dlaczego wysiadając spytałam kierowcę o cenę biletu. Jechałam tą trasą już po raz kolejny i wiedziałam dokładnie ile powinnam zapłacić. Zawczasu przygotowawszy 2,5 lari podeszłam do prowadzącego pojazd. On spojrzał na mnie i w jednym tylko zdaniu podniósł cenę z 2,5 do 5 lari. To był taki moment, minimalnie za późno przyszło mu do głowy, żeby wziąć ode mnie więcej i chcąc nie chcąc w wypowiedzianej frazie pojawiły się dwie różne liczby. Mogłam dokładnie uchwycić w jego oczach tę chwilę olśnienia, że przecież nie jestem stąd, a co za tym idzie można mi podyktować cenę indywidualną. Nie zdołałam powstrzymać uśmiechu przez co on zrozumiał, że ja wiem. Ja wiedziałam i on wiedział i wiedział już też, że ja wiem. Targowaliśmy się więc przez następne pięć minut, dalej z tym durnymi uśmiechami na twarzach. On się nie mógł wycofać, bo to by znaczyło, że chciał mnie oszukać, a do tego nie mógł się przecież przyznać. Ale i ja się nie mogłam wycofać, bo to by znaczyło, że świadomie daję się oszukiwać, kiedy już i tak wystarczającą ilość razy różnego rodzaju oszustwo cenowe stało się moim nieświadomym udziałem. No więc mierzyliśmy się wzrokiem, z tym skądinąd sympatycznym kierowcą przez dobre kilka minut, aż w końcu przesypałam mu monety prosto do ręki, nie przeliczając, a on je wziął także nie licząc. Do samego końca udało nam się zachować przyjazną atmosferę i honor, bo na Kaukazie honor wciąż jeszcze istnieje, nawet w dni powszednie. Zugdidi – Kutaisi Dzień taki, że niebo i ziemia złączone strugami deszczu wydają się tym samym, tak samo zimnym, ponurym i smutnym bytem. W Zugdidi wsiadamy do jednej z ostatnich marszrutek wyjeżdżających dokądkolwiek tego dnia. Pasażerów jest nie wielu, pogoda nie zachęca do podróżowania, a z pogodą Gruzini nie zwykli walczyć. Jedziemy po wyboistej drodze, wielkimi łukami omijając równie wielkie kałuże. Wieje od nieszczelnych okien, nieszczelnych drzwi, podwozia i w ogóle zewsząd wieje. W tym zimnie nie za bardzo klei się rozmowa, o spaniu nie wspominając. W tym zimnie spoglądamy przez ramię pasażerom siedzącym przed nami. Dziarskie chłopaki w porozciąganych czapkach, z wyciągniętej na wprost dłoni oglądają w komórkowym wyświetlaczu teledyski z roznegliżowanymi panienkami. Wiatr przedziera się przez wszystkie szpary pojazdu, solidarnie wszyscy razem podskakujemy na wybojach, dziewczyny z telefonu tańczą, chłopaki z marszrutki grzeją się ich widokiem, Kutaisi coraz bliżej. wtorek, 08 marca 2011, rywka18
|