|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Listy z BatumiBatumi jest przedziwne. Przez długi czas nie wiedziałam, co o nim myśleć. Nie wiedziałam jak je podejść, z której strony. Dalej nie za bardzo wiem, jak o nim pisać. Batumi składa się z kawałków, różnych nastrojów, zmieniających się bez przerwy barw, pór roku i dnia. Po raz pierwszy dotarłam tam gdzieś w dusznym końcu września. Zamyśliwszy się w marszrutce, przegapiłam centrum i ocknęłam dopiero na jakimś odległym blokowisku. Patrzyłam w okno i wszędzie widziałam kolorowe, wysokie na dwanaście czy piętnaście pięter bloki. Między nimi, na sznurach rozciągniętych kilkadziesiąt metrów ponad ziemią, suszyło się pranie. Wzorzyste pościele, białe prześcieradła, pstrokate spodnie, koszule i sukienki łopotały na ciepłym wietrze przyćmiewając swą jarmarczną różnorodnością pastelowych barw stępiały od południowego słońca błękit nieba. W głębi osiedla, na skwerach pogrążonych dla odmiany w ciężkich cieniach, pasły się krowy trawą dojrzale zieloną i gęstą. Ta część miasta sprowadzała się niejako do elementów czysto praktycznych więc zupełnie szczerych: bielizna, zwierzęta, budy z chaczapuri. Zgiełk ulicy bazarowej i senność przedmieścia – w zasięgu kilku zaledwie minut... Miałam ochotę zrobić zdjęcia, ale przestraszyłam się, że raz wysiadłwszy z marszrutki nie zdołam na czas wrócić, wyplątać się z tego niemożliwie kolorowego labiryntu osiedli mieszkalnych i właściwie miasto gdzieś mi ucieknie, rozpłynie się w promieniach słońca lub zanurzy w morskich falach… od tamtego wrześniowego dnia raz za razem obiecuję sobie, że tam jeszcze wrócę. Od strony Kobuleti, na kilka kilometrów przed miastem, droga na chwilę zatapia się w tunel. Jednego razu jadąc do Batumi naliczyłam w tym tunelu światła w pięciu różnych kolorach… nie wiem jak to się ma do komfortu prowadzenia pojazdów ale myślę, że ten tunel może stanowić przedsmak tego co miasto szykuje dla podróżnych nocą. Po zachodzie słońca Batumi to inwazja światła. Błyszczy, szkli się i mruga wszystko i we wszystkich barwach. Kamienice w centrum wyremontowano stosunkowo niedawno. Odrestaurowane w każdym calu budynki o równych krawędziach w świetle zapalanych wieczorem neonów mają wygląd atrap, przesadnie wypieszczonych filmowych dekoracji. Oprócz nich świecą się rzecz jasna kościoły i wysokie szkielety budowanych właśnie hoteli. Bliżej morza, w kierunku na zachód, raz za razem wyrastają ekskluzywne restauracje o przedziwnych formach stylizowanych na Akropol czy krzywą wieże z Pizy… te budynki, utopione wieczorami w białych światłach, wyglądają jak wycinki z gazet w pośpiechu wklejone w obcą i odległą przestrzeń, która nawet bardzo się starając nie potrafi ich przyswoić. Ale na tym rzecz się nie kończy, są jeszcze śpiewająco-tańczące fontanny, migający diabelski młyn. Na niebiesko świecą się krawędzie bulwarowych chodników, na zielono rosnące wzdłuż nich palmy. Po zmroku jaki i za dnia centrum Batumi ma w sobie coś nienaturalnego, wygląda jak makieta, zlepiona z pocztówkowych obrazków turystyczna papka, którą karmi się niewybredne masy amatorów nieskomplikowanej rozrywki. Woda, światło, muzyka, hotele, restauracje i kluby. Na niebiesko świecą się krawędzie bulwarowych chodników, na zielono palmy. W tych natrętnych światłach nawet te drzewa wyglądają kiczowato i sztucznie. Późnym wieczorem spaceruję po nadmorskim deptaku, wokoło jest zupełnie pusto – w końcu to nie sezon, słychać huk fal i szelest przesuwanych przez nie kamieni, pada drobny deszcz, na niebiesko świecą się krawędzie chodników, na zielono rosnące wzdłuż nich palmy… Sztuczne palmy także mokną. W regionalnym muzeum etnograficznym na ulicy Gorgiliadze można zobaczyć wiele ciekawych eksponatów. Przechadzam się po pierwszej sali. Ze słabo oświetlonych gablot, z drewnianych półek, zza szyb i linek ochronnych spoglądają na mnie ryby, wyłowione niegdyś z Morza Czarnego. Z wysokości szaf bacznie obserwują mnie ptaki ściągnięte kiedyś z nieba Adżarii. Ze stołów, stolików i zagród przyglądają mi się zwierzęta mniejsze i większe. A ja przekraczając samotnie tę salę zaglądam im wszystkim w oczy. Te oczy są jak wzięte prosto od pluszowych misiów, miodowo-nijakie, plastikowo martwe, trochę smutne, a trochę komiczne. W całym przykurzonym pokoju tylko jednej łasicy dostały się ślepia niebieskie. Ale i te nie były koloru nieba czy wody, a tylko bezdusznego tworzywa… W innym jakimś pomieszczeniu muzeum wystawiono makiety domów. Regionalne budownictwo, jedno lub kilkuizbowe mieszkania na palach, wnętrza wykończone w drewnie. To drewno jest ciągle jeszcze jasne, cudownie wyrzeźbione, misternie wypieszczone dłutem… W rozciągającym się na jednym ze wzgórz muzeum etnograficznym Tbilisi też jest adżarski dom. Tonie w gęstych zaroślach, a na drzwiach ma zawieszoną przyrdzewiałą kłódkę. Raz, poprowadzeni przez Alexa, weszliśmy do niego przez okno. Cały z drewna wyciętego jak koronka jest ładniejszy od wszystkich pozostałych. Ale pracownicy muzeum nie widzą potrzeby otwierać go dla zwiedzających, bo stoi na samej górze i niby komu by się chciało doń wspinać. Batumi nie jest dużym miastem, topografia centrum nie nastręcza problemów. Wieżyczkę minaretu też widać z daleka, ale i tak zmierzając do meczetu zawsze musiałam się gdzieś po drodze zaplątać i ostatecznie odłożyć wizytę z w nim na „następny raz”. W końcu jednego dnia zdołałam doń dotrzeć. Zdjąwszy buty weszłam do środka, zastałam tylko jednego modlącego się. Nieśpiesznie wędrowałam wzdłuż ścian, a on wędrował za mną wzrokiem. Jego modlitwie, a siłą rzeczy także mojemu zwiedzaniu towarzyszyły dźwięki muzyki, którą puszczał z komórki. Nie mogłam się skupić, zresztą nie za bardzo było co tam oglądać. Wyszłam więc na podwórko. W cieniu na ławce siedzieli staruszkowie w adżarskich czapkach. Zaprosili mnie do siebie skinieniem ręki. Oparta o filar rozmawiałam z nimi kilka chwil. Staruszkowie zawsze mają coś do powiedzenia, o Bogu, o przyjaźni, przemijaniu, o rzeczach najprostszych i najważniejszych. Chcieli mnie zaprosić do domu, ale nie miałam już czasu. Obiecałam, że jeszcze kiedyś przyjdę, pożegnałam się i ruszyłam do wyjścia, staruszkowie zaś zostali jak siedzieli zanim się zjawiłam, na ławce w cieniu, w adżarskich czapkach na tle niebieskich płytek. Odwracając się po raz ostatni w bramie wydawało mi się przez chwilę, że staruszkowie wrośli już w to podwórko, w te lazurowe kafelki i dłużące się bez reszty popołudnia, kiedy nic a nic się nie dzieje i stać się nie może… Za każdym razem, gdy jestem w Batumi woda ma inny kolor. Przypomina mi się książka „Spotkanie nad morzem”, czwarta klasa szkoły podstawowej. Na początku bardzo mi się nie podobała. Batumi też mi się na początku nie podobało. Teraz lubię pisać tam listy siedząc gdzieś na plaży. Czasem zachodzę do portu, port też lubię i jeszcze drogę, z Batumi do Kobuleti i później z Kobuleti do Ozurgeti. Z góry na dół, miedzy wysokimi drzewami, mijając pola herbaty, na których od dawna pasą się krowy… niedziela, 03 kwietnia 2011, rywka18
|