W gruncie rzeczy na mało czym się znam, więc tylko patrzę dookoła. Patrzę i staram się widzieć. Co widzę nawlekać na cieniutkie zdań niteczki, zamykać w słów paciorki. I chciałaby patrzeć jeszcze szerzej i chciałabym widzieć ciągle głębiej i słyszeć chciałabym słuchem pełniejszym od dźwięku a nawet od milczenia i słów znać więcej jednoznacznych i z nich wyplatać wielobarwne obrazy... Ale wszystkiego nie napiszesz, o wszystkim można tylko marzyć - jak przeczytałam już kiedyś w jednej książce.
Blog > Komentarze do wpisu

Opowieści kachetyjskie. Trzej panowie z Tbilisi.

–  Pasują ci tacy panowie? – spytała Masza odwracają się do mnie z powrotem.

– Pasują, pasują – odpowiedziałam, niby czemu mieli nie pasować. Złożyłam mapę i wsiadłam za nią do auta. Było koło dziesiątej. Ładna pogoda. Zostawiłyśmy za sobą Tbilisi i Lilo bazar – podmiejską Mekkę niegrzeszących zamożnością mieszkańców stolicy. Przed nami była Kachetia.

– To dokąd dziewczyny jedziecie? – spytał jeden z mężczyzn (być może nawet dwóch z nich spytało o to w tym samym czasie) – wszyscy byli trochę jak z filmu albo dowcipu z trzema głównymi bohaterami. Gadali jeden przez drugiego, nie szczędząc sobie nawzajem drobnego jak ziarenka piasku sarkazmu  i lekkich jak powietrze uszczypliwości.

– Jedziemy do Signaghi – zaczęłyśmy wspólnie.

– Do Signaghi?!

– Tak daleko?

– To przecież daleko.

– A po co?

– Przecież tam nic nie ma.

– A co takiego jest w Sihnaghi? – ciężko było im przerwać. Ciężko było ich do czegokolwiek przekonać.

– No, zobaczyć miasto po prostu, pospacerować, pozwiedzać – próbowałyśmy wcisnąć się między ich paplaninę.

– Signaghi, też żeście dziewczyny wymyśliły… A my jedziemy do Patardzeuli. Patardzeuli to wieś. Po drodze do Signaghi – wieś nie wieś, „po drodze” więc czego mogłyśmy chcieć więcej. Rozsiadłyśmy się w wiosennym słońcu wpadającym przez otwarte okna samochodu i mimochodem zatopiłyśmy się w klimat radzieckiego filmu sprzed parudziesięciu lat. Wszystko się zgadzało, mieszanka charakterów, złagodniał wrażliwość na absurdy życia codziennego. Młody czarnowłosy kierowca był Gruzinem, siedzący obok niego czterdziestoparoletni elektromechanik Azerem, a ten trzeci z tyłu Ormianinem. Poprzedniego dnia zapili i teraz w ich zmęczonych oczach zapalały się co chwilę figlarne ogniki szyderstwa i ironii nie najwyższych lotów. Jechali do Patardzeuli, żeby naprawić samochód jakiegoś lokalnego biznesmena, właściciela kurzej fermy. To znaczy naprawiać miał tylko elektromechanik ale jechali wszyscy razem, bo i tak nie mieli nic innego do roboty w tą kolejną niedziele. No, a ponieważ nas zabrali, to i my jechałyśmy z nimi w Kachetię wiosenna, nieśpieszną, na dobre rozkwitłą już i zieloną.

Nie przywykli i nie przekonani do idei autostopu trzej bohaterowie tejże opowieści zapomnieli wysadzić nas na główniej drodze zanim skręcili do wioski. Patardzeuli, jak i inne gruzińskie wsie, składało się z domów i zagród rozsypanych nierównomiernie na dość sporym obszarze, połączonych pajęczyną piaszczystych dróg, co do których nigdy nie ma się pewności dokąd prowadzą. Błądziliśmy trochę. Ormianin z tyłu narzekał na pragnienie, koledzy usłużnie zatrzymywali się przy mijanych co jakiś czas korytach z wodą dla krów, na co on obruszał się i obrażał nie na żarty, a potem znowu narzekał i dopytywał się kiedy wreszcie dotrzemy do celu.

– Dziewczyny, tylko wy się nie bójcie. My tu też pierwszy raz jesteśmy – uspokajał nas Azer, choć przecież z jak największym spokojem i w doborowych humorach przyglądałyśmy się kachetyjskiej wysuszonej, żółto-burej wsi, wsłuchane w nieustanne trajkotanie trzech umęczonych życiem istot.

– Tak się z wami jeździ – drwił Ormianin – dziewczyny chciały jechać do Signaghi, a wy je zabraliście do jakiejś wiochy.

– Wycieczka to wycieczka. Po co jechać do Signaghi? Co tam w tym Signaghi jest – ciągnęli ci z przodu, znów w dawnym stylu.

– Jak to co? Jak to co? Romantyka! A tu co? Wiocha!

– Romantyka, phi! A to tutaj romantyki nie może być?!

– Signaghi to jest miasto miłości! Tutaj krowy i to wszystko! – poszukiwania właściwego domu przedłużały się, a razem z nimi mnożyły się słowne przycinki, pęczniał też i ranek, rósł nam jak ciasto. Kiedyśmy wreszcie dojechali do posesji właściciela kurzej fermy zdążył zahaczyć już o południe.

Cała praca nad naprawą auta lokalnego biznesmena zajęła może piętnaście minut, gospodyni zdążyła podać nam kawę i konfiturę ze śliwy. Siedziałyśmy ze spragnionym Ormianinem i Gruzinem taksówkarzem na werandzie w gościnie. Po skończonej naprawię, dołączył do nas Azer i właściciel fermy, na stole pojawił się domowy chleb i domowa wódka – gościna rozpoczęła się na dobre. Mocną czaczę przepijaliśmy słodką kawą, zagryzaliśmy lepkimi konfiturami. Wymienialiśmy toasty i dowcipy. Tymczasem wódka rozleniwiałam nas coraz bardziej. Czas przeciekły przez palce popędzał nieubłaganie wskazówki zegara, lecz im więcej było w nas płynów tym mniejsze jego upływ miał znaczenie…

Ruszyliśmy w końcu w drogę powrotną. Prześlizgiwaliśmy się na nowo między niewysokimi murkami z kamienia, grodzącymi kachetyjskie obejścia. Wraz z nami po niebie sunęło słońce. Dojechawszy do głównej drogi trzej panowie, pod wpływem wódki, słońca czy wycieczkowej muzyki postanowili (choć znając kaukaską mentalność nie było w tym nic z decyzji, a raczej impuls, pojawiająca się nie wiadomo jaki i skąd ochota i chęć jednoznaczna z czynem) nie wracać do Tbilisi, a jechać z nami do Signaghi. W radiu śpiewał Joe Cocker, wpadający przez otwarte okna wiatr głaskał nasze głowy ociężałe i beztroskie. Droga była raczej pusta.

– Ot i już Signaghi – dokonał przedstawienia Azer, gdy zjeżdżając ze stromej góry zbliżaliśmy się pośpiesznie do czerwonych dachów wtopionych w górski krajobraz. Wysiedliśmy z auta. Przeszliśmy przez kilka ulic, coś o znamionach centrum.

– No i macie dziewczyny Signaghi.

– Signaghi, Signaghi, miasto jak miasto.

– Co tutaj takiego specjalnego?

– Romantyka! – jeden za drugim nie dawali za wygraną. Przedżeźniając się nawzajem, wciąż zmęczeni dniem poprzednim, snuli się za nami jak znudzone dzieci. Nie było mowy o choć cieniu zainteresowania. Musiałyśmy się zadowolić pobieżnym i bezrefleksyjnym spacerem po uliczkach miasteczka powszechnie uważanego za perełkę miast gruzińskich. Nie za bardzo nam to przeszkadzało, jeśliby się zastanawiać. Miałyśmy naszych trzech towarzyszy, ładną pogodę, a do tego zawsze jeszcze drogę, która poprowadzi nas niechybnie nawet gdy zabraknie pewności dokąd chcemy iść…

– To wracamy – zawyrokowali w końcu panowie z Tbilisi, a jak zawyrokowali tak teiż zrobili. Przejechałyśmy z nimi jeszcze kilkanaście kilometrów. Do rozstaju dróg, tam gdzie można złapać kogoś zmierzającego do Telavi. Pożegnałyśmy się i ruszyłyśmy na północ, wszak wciąż czekała nas Kachetia łagodnie zielona, łagodnie wiosenna.

sobota, 16 kwietnia 2011, rywka18