|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Na szybach zima, a zima to ty.Osiadłe na skraju szyby, na samym brzegu tuż ponad framugą szorstką i brzydką kropelki wody zastygają w bezruchu. Cicho, tak cicho rosną, pęcznieją, nabrzmiewają do kształtu łezki. Pod jej cienką i gładką, wybrzuszoną śmiesznie kopułom kotłują się, pędzą we wszystkie możliwe kierunki kłębuszki życiowej energii, aż w końcu napuchłe do bólu, z jękiem rozpękają się na płatki mrozu, na szkliste róże i blado niebieskie fiołki. Tam jeszcze ciut wyżej, ukrócone w swym wartkim pośpiechu, zastygłe w niemej niemocy stróżki wody bez ostrzeżenia zakute w liszaje podłużnych kryształów kończą swój bieg. Tak samo jak krople przez chwile leżą spokojnie, jak szrama łez na policzku. A już nie mogąc wytrzymać, nie mogąc znieść swej własnej za ciasnej i zbyt krępującej wszelki ruchy postaci rozrywają śliskie ciała na wodospady rzęsistych oczek, na girlandy lodowych śnieżynek. W zimnym pokoju w lustrach szyb odbija się zima. A ta zima była długa, zimą listów nie pisałam… Gapiłam się co rano, wzrokiem pustym, beznamiętnym w narastające miarowo i bezszelestnie obrazy na szkle. W tamte dni na zewnątrz i w środku, wciąż tak wiało chłodem bezlitosnym. Pod skórą pękały naczynka. Fioletowo, różowe pajęczynki przenikliwej zmarzliny owijały doszczętnie ciała.. I nagle mogło się wydawać, że z mikroskopijnych niteczek żył, mróz przenika do głównego nurtu, niechciany acz konieczny wraz z krwią podpływa ku sercu. I w tym bezgranicznym samozapatrzeniu tak wielki się staję, aż czuć jak to serce rozrywa, jak pod jego naporem to serce się kurczy, zatraca, zamyka, rozpływa – aż już nie można odgadnąć co tam się dzieje… Stałam na ulicy w kałuży, cała ulica była przecież kałużą, w krótkim ale ostrym świetle dnia zima gdzieś znikała. Przeganiana i niechciana chowała się za blokiem, milcząc mrużyła groźnie szkliste oczy, tarła szpiczasty, długi nos do czerwoności, chwilowo przegrana ale i tak wszyscy wiedzieli – przyjdzie znowu pod wieczór, będzie malować na oknach, będzie rozwichrzonym chałatem podrywać z podłóg i den dawno postarzałe, mchem żalu gęsto porosłe już myśli, w żelaznym uścisku zakuwać na chwilę i wieczność nieziemskie błękitne przestrzenie. poniedziałek, 30 stycznia 2012, rywka18
|