W gruncie rzeczy na mało czym się znam, więc tylko patrzę dookoła. Patrzę i staram się widzieć. Co widzę nawlekać na cieniutkie zdań niteczki, zamykać w słów paciorki. I chciałaby patrzeć jeszcze szerzej i chciałabym widzieć ciągle głębiej i słyszeć chciałabym słuchem pełniejszym od dźwięku a nawet od milczenia i słów znać więcej jednoznacznych i z nich wyplatać wielobarwne obrazy... Ale wszystkiego nie napiszesz, o wszystkim można tylko marzyć - jak przeczytałam już kiedyś w jednej książce.
Blog > Komentarze do wpisu

Khevsureti to znaczy samotność

Po porannym deszczu na ulicy gdzieniegdzie szkliły się kałuże, z równą wyrazistością odbijały nasze twarze oraz zachmurzone, szare niebo. Do Shatili ponoć wciąż nie dało się dojechać, choć do końca nikt nie wiedział, bo i nikt tam jeździć nie zamierzał. Zeszliśmy na dół do ciągnącej się nad rzeką kamienistej drogi i skręciliśmy w lewo, to jest na północ. Wobec braku innych pomysłów oraz powszechnych problemów informacyjnych nasz naprędce sklecony plan zakładał dotarcie czym się da jak najwyżej się da. Mijaliśmy właśnie ostatnie zabudowania w Magharoskari, gdy na drodze pojawił się pierwszy samochód. Wyblakło zielona niva doskonale wpisywała się w nieskomplikowane założenia ostatniego pomysłu toteż skwapliwie wtaszczyliśmy się do środka jak tylko się zatrzymała. Auto omijało co większe kałuże, ślamazarnie wlokło się do przodu, kilka kilometrów za wsią natrafiło na łagodnie falujące morze kłębiastych owiec. Wypalając kolejnego papierosa nieporuszony kierowca spokojnie zagłębiał się w ruchomy brudno biały dywan co jakiś czas trąbiąc na zuchwale brykające tuż przy kołach zwierzęta i wymieniając zdawkowe pozdrowienia z jadącymi konno pasterzami. Przebiwszy się przez donośnie ryczące stado przejechał jeszcze kawałek i skręcił w las, gdzie miał swój dom my zaś zostaliśmy na powrót sami na pustej drodze. Wędrowaliśmy wzdłuż rzeki, niebo rozjaśniało się co jakiś czas i wtedy z błękitnych łąk spadał na nas garściami złocisty pył majowego słońca. Kąpaliśmy się w jego blasku unosząc ku górze złaknione światła twarze. Okolica była wyludniona. Dość powiedzieć, że podczas pond dwugodzinnego marszu spotkaliśmy jednego jeźdźca, dwa załadowane po brzegi samochody i kilka skrzętnie poukrywanych w zaroślach, przytulonych do wzgórz domów. W dodatku co najmniej połowa z nich była pusta. W Khevsureti tak jak nigdzie indziej do tej pory dawała się we znaki atmosfera osamotnienia. Choć to raczej wątpliwe, zdawało mi się, że tutaj znacznie częściej słychać było o tym jak ciężkie jest życie w górach, jak wielu ludzi wyjeżdża i jak mało wraca, jak rok za rokiem przybywa porzuconych zagród wystawionych na pastwę żarłocznej roślinności i zaborczych sił natury.

W ciszy pustej doliny pod falującymi w górze obłokami traciliśmy już nadzieję, że dotrzemy dalej niż tam dokąd zaniosą nas własne nogi. Huk nadjeżdżającego autobusu zmieszał się z hukiem rzeki i zobaczyliśmy go w ostatniej chwili, gdy już miał nas wyprzedzać. Właściwie to mieliśmy szczęście, autobus z Dusheti odchodzi raz dziennie przez cztery dni w tygodniu, w następne trzy jeździ coś z Tbilisi. Obydwa kursują jedynie do Korshy czyli jakieś pięćdziesiąt kilometrów przed Shatili. Tam, do najwyżej położonej przy tej drodze wioski pojazdy dojeżdżają jedynie w pełnym lecie, kilka razy w tygodniu. Zresztą te ciągnące z Tbilisi marszrutki wypełniają przeważnie turyści, bo w Shatili nie ma już prawie stałych mieszkańców, a ci co z jakiś powodów zostali chyba od zawsze umieli obchodzić się bez dóbr niesionych z miasta i radzić sobie z oddaloną od wszystkiego samotnością górskiej wsi.  

Autobus był z rodzaju tych niezniszczalny. Potężny, ciemno-żółty, zipiący z wysiłku, prychający ze zmęczenia i od czterdziestu lat nie zastąpiony na wyboistych kaukaskich drogach. W środku siedziało kilkoro pasażerów, cicho rozmawiając wpatrywali się jak i my w sunący za szybą krajobraz. Wspinaliśmy się coraz wyżej, przekraczaliśmy kolejne całkowicie lub częściowo pozbawione barierek mosty, pochylaliśmy się nad wartkim nurtem płynącej w dole rzeki. Po drodze mijaliśmy przepastne i ciemne czeluści tuneli kolejowych, które przewiercono w latach osiemdziesiątych w ramach budowy trasy Władykaukaz-Tbilisi. Nim zaczęto układać tory wybuchła wojna, w skutek czego wykute w skałach gardziele do dziś pozostają rozpaczliwie puste. Koło południa dojechaliśmy do Barisaho, potem Korshy. Przed kilkoma dniami mieszkańcy obu wsi zaczęli przeprowadzać się do letnich domów ustawionych jeszcze wyżej na niezalesionych zboczach. Dla sezonowo migrujących górali wydłużono trasę autobusu, pojechaliśmy i my. Po upływie kilkudziesięciu minut dotarliśmy do celu. Kierowca zawrócił na pętli, czyli szerszym kawałku drogi i otworzył drzwi. Wyszliśmy na zewnątrz.

Jeśli raj ma jakieś ziemskie odbicie to widoczne jest ono w miejscach takich jak to. Cały krajobraz wokół był pasmem zielonych wzgórz, wypukłych obsypanych puchem trawy grzbietów i wklęsłych zalesionych dolin. Od jednej linii horyzontu do drugiej zielone, zielone góry stykające się z samym niebem i cisza, taka ogromna, zatrważająca, zachwycająca. W takich miejscach człowiek unosi się kilkanaście centymetrów ponad ziemią, zamiast iść sunie bezwiednie w na przestrzał otwartej przestrzeni, niewykluczone, że prowadzą go wówczas anioły. Kręciłam się w kółko z szaleńczym uśmiecham nie mogąc znaleźć słów, które zdołały by objąć swym znaczeniem ten kawał surowej ziemi przylgnięty do spokoju nieba. Z autobusu wysiedli już wszyscy podróżni, stromą ścieżką ruszyli pod górę. Na jej końcu jak stara baba w podkasanej wielowarstwowej spódnicy siedziała kamienna wioska. Narosłe piętrowo domy przylegały wprost do zbocza. Płaskie dachy tych z dołu służył za podwórka innym postawionym nad nimi. Poszliśmy za mieszkańcami, mijając leżących przy drodze mrukliwych górali. We wsi nie za bardzo było gdzie się zatrzymać. Ludzie posprowadzali się dopiero przed dwoma dniami i nie zdążyli jeszcze uporządkować gospodarstw, przywieźć potrzebnych sprzętów, produktów, żywności. Zresztą jak tylko doszliśmy do zabudowań wokoło zrobiło się ciemno i z nieba runęła ciężka zasłona deszczu. Przed nami wciąż było jeszcze całe popołudnie. Nie chcieliśmy spędzać go siedząc w chałupie na niebiańskim zadupiu popijając, z braku innych zajęć, świeżo zaparzone liście mięty. Jeszcze raz przeszliśmy przez wioskę, zachłannym spojrzeniem omietliśmy piękną choć rozmazaną już od deszczu okolice i wąską ścieżką ruszyliśmy w dół. Na drodze nie było nikogo, ani biegających wcześniej dzieci, ani milczących posępnie górali, odchodziliśmy więc bezszelestnie, prawie niezauważeni, bo raj prawdziwy to raj samotny i koniecznie opuszczony.

Maszerowaliśmy w strugach ulewnego deszczu, w mokrych ubraniach, w młode popołudnie. Szybko znaleźliśmy się ponownie na zalesionych wysokościach ale i tu droga była namiękła i zdradliwie śliska. Szelest spadającej wody potęgował płynący dołem potok i uginające się pod ciężarem kropli liście. Znowu nie usłyszeliśmy nadjeżdżającego z góry autobusu. Zresztą nie mam najmniejszego pojęcia skąd on się tam wziął, bo nie widzieliśmy go nigdzie po drodze, a ten kursowy odjechał, co z kolei stwierdziliśmy naocznie jakieś dwie godziny wcześniej. Przy rosnącym bólu głowy, w roztrzęsionym pojeździe, gdzie oprócz nas był jeszcze tylko kierowca przyszło mi na myśl, że może ma on coś wspólnego z aniołami błąkającymi się po niwach zielonych o te kilka kilometrów wyżej, skoro zjawił się ot tak na ziejącej pustką trasie i z szelmowskim uśmiechem spod błękitnych oczu zabrał nas do Korshy… Sprawa pozostaje otwarta. Co jednak pewne to to, że autobus-widmo zawiózł nas do mijanej kilka godzin wcześniej wioski, do domu malarza, gdzie mogliśmy osuszyć rzeczy i przenocować.

W obwieszonym doszczętnie bajecznymi obrazami mieszkaniu na skraju wsi grzaliśmy się przy ustawionym w rogu piecu. Nad nim wisiała misterna konstrukcja ze sznurków i haczyków umożliwiająca suszenie w tym samym czasie dość licznej garderoby. Czarnowłosa żona malarza zaparzyła dla nas dzbanek mięty, przy jej zapachu sączyliśmy zawilgłe, szare popołudnie. Wieczorem, gdy minęła codzienna pora deszczu, niebo rozpogodziło się, a w kałużach zalśniły znów drobinki słońca. Wyszliśmy na spacer. Syn malarza zabrał nas do założonego przez rodzinę muzeum etnograficznego Khevsureti. W kilku pomieszczeniach pomiędzy ludowymi sprzętami z żelaza i drewna wisiały regionalne suknie i płaszcze, zdobione monetami, brzęczące i piękne kaftaniki dla kobiet, stare zdjęcia, instrumenty muzyczne oraz obrazy lokalnych artystów. Obejrzeliśmy wszystko dokładnie, chłopak wrócił do domu my  łaziliśmy dalej. W Korshy ktoś nas usilnie zapraszał na wódkę, w Barisaho chciano nam sprzedać ręcznie robione skarpety. Do domu malarza wracaliśmy nocą. Nad wioską nisko wisiały rozciągnięte po pogodnym niebie gwiazdy, z niewielkich domów płynęły ku nim proste słupy srebrnego dymu. Gdzieś na gołej ziemi pod płotem siedzieli młodzi chłopcy. Rozmawiali tak cicho, że ledwo dało się zauważyć ich obecność. Khevsureti oddychało głęboko i spokojnie, tylko ziemia i niebo, wielka, bezgłośna samotność.

 

poniedziałek, 20 lutego 2012, rywka18