W gruncie rzeczy na mało czym się znam, więc tylko patrzę dookoła. Patrzę i staram się widzieć. Co widzę nawlekać na cieniutkie zdań niteczki, zamykać w słów paciorki. I chciałaby patrzeć jeszcze szerzej i chciałabym widzieć ciągle głębiej i słyszeć chciałabym słuchem pełniejszym od dźwięku a nawet od milczenia i słów znać więcej jednoznacznych i z nich wyplatać wielobarwne obrazy... Ale wszystkiego nie napiszesz, o wszystkim można tylko marzyć - jak przeczytałam już kiedyś w jednej książce.
sobota, 05 maja 2012

Jeśliby dzielić miesiące na zapachy to listopad pachniałby mandarynkami. Nie dlatego, że wtedy owoców było najwięcej, bo przecież aż do lutego wiodły niepodważalny prym na miejskich bazarach i w wiejskich ogrodach, ale dlatego, że właśnie wówczas to się zaczęło. Najpierw mandarynkami pachniały palce. Od rozrywania grubych i mięsistych skórek robiły się żółte i szorstkie. Całymi dniami przenosiły ukradkiem osiadłą w szczelinach naskórka słodką woń, bezwstydnie dotykalną i zmysłowo ciepłą. Potem ich zapach wkradł się w wieczory. Z porozrzucanych na stole owoców, z rozdartych bezgłośnie kawałków wypływał przez framugi otwartych drzwi i okien aż do zastygłej przestrzeni balkonu. Po zmroku powietrze bywało już wtedy chłodne, więc  lepkie opary unosiły się w nim jak skłębione bezładnie obłoki, kusiły w nieznanym celu i z równie tajemniczych powodów. Mamiły niedorzeczną obietnicą, drażniły nozdrza, rozpraszały uwagę. Bo zapach mandarynek był zapachem oczekiwania, żądającej spełnienia tęsknoty, ciągłego nasłuchiwania, niecierpliwego podenerwowania, jak gdyby coś co ma się wydarzyć mogło przyjść w każdym momencie choć z nieoczekiwanej strony i o nieznanej porze. W listopadowe noce zasypiało się ciężko, w pokoju pełnym od księżycowej poświaty, od gry świerszczy z ogrodów, od tej dusznej woni zasypiało się lękliwie, czy aby sen, zbyt rzeczywisty i zbyt realny, nie zniweczy tego nieznanego, co ma niechybnie nastąpić. A potem budził się człowiek o świcie i widział, że nic doń nie przyszło, że nic się nie zmieniło, a noc zniknęła i za oknem już słońce i tylko ten zapach owoców zapewniał, że nie nadaremno to czekanie, te myśli i marzenia.

Po cichu, po opłotkach wdarły się mandarynki w codzienność i wkrótce, wystąpiwszy z brzegów sennych rojeń, towarzyszyły już każdemu spotkaniu. Rozszalałe własną obfitością przechodziły z rąk do rąk, jako stały i nieodłączny rekwizyt każdej rozmowy i jej tła. Były na straganach i w niebieskich plastikowych siatkach i w dłoniach i na drzewach. Do okien rannego pociągu wdzięczyła się cała wystrojona nieskromnie Adżaria. Jaskrawe kuleczki cytrusów, jak ozdoby z okrągłych paciorków, wisiały na rozciągniętym tuż przy torach rozlazłym płótnie zielonego pejzażu, skupiając na sobie spojrzenia zaspanych pasażerów. Przy drogach w całym regionie też przecież co rusz stały kosze z drucianej siatki o wielkich okach lub samochody z otwartymi bagażnikami a w nich rzecz jasna dojrzałe i jędrne owoce. Więc miało się wrażenie, że gdzie by się nie obejrzeć tam wszędzie są mandarynki. I nawet czarnomorska kamienista plaża opustoszała późną nocą, wolna od ludzi, myśli, spacerów i psów, zdawała się pachnieć świeżością ich skórek miast wodą i wiatrem.

Był taki dzień, gdzieś w okolicach Borżomi, gdy zmęczeni wielogodzinnym marszem wracaliśmy z gór. I szliśmy już przez dolinę, traktem wiodącym do wyjścia z parku narodowego, i śpieszno nam było i chłodno. Daleko nad skałami do zachodu szykowało się słońce, zielone łąki przecinały długie cienie, w smugach światła tańczyły lekko owady i kurz. A my wlekliśmy się szurając obolałymi stopami o podłoże aż spotkaliśmy na skraju lasu drwali. Drwale to były chłopy w liczbie kilkunastu o gibkich ruchach i silnych rękach. Mieli ze sobą piły mechaniczne i ręczne, siekiery i prastary wielki wóz odpalany na korbę, na który ładowali kloce drzewa. Wciągnąwszy na górę ostatni gruby pień obsiedli auto ze wszystkich możliwych stron. Po kilku w szoferce i na zderzaku, ktoś stojący z tyłu przyczepy i reszta na kupie pachnącego wilgocią drewna. Przy takim obciążeniu i przy takiej wytrwałości pięć dodatkowych osób nie robi w zasadzie różnicy toteż i nas zabrali na pakę i ruszyliśmy z wysiłkiem między urwiska i skały. Z nogami opartymi o kabinę szoferki, z wiatrem we włosach, w pokłonach przed powłóczystymi gałęziami brzóz, z perspektywy kilku metrów ponad ziemią posyłaliśmy w wąwóz olśnione spojrzenia. Z zachwytem w źrenicach, z szerokim uśmiechem wjeżdżaliśmy na grzbiecie wiekowego wehikułu do rodzinnej wsi drwali o pięknych ogorzałych słońcem twarzach i głębokich jak studnia spojrzeniach. Skoro tylko wąską piaszczystą uliczkę wypełnił huk wracającego z lasu auta na spotkanie z bram wybiegły dzieci, a przez okienne ramy przechyliły się wiekowe baby. Wioska witała swych synów figlarnym uśmiechem, jak tylko spostrzegła, że wracają z roboty nie z samym ładunkiem ale i grupką potarganych, zgrzanych dziewuch i jednym nadprogramowym chłopaczkiem. Jak w triumfalnym pochodzie obwieźli nas drwale przez pół osiedla, pościągali wreszcie z przyczepy, wycałowali policzki, a w dłonie powtykali, nic innego jak, świeże mandarynki. I znowu dzień pachniał tak samo, tak jak  listopadzie właśnie pachnieć powinien.

 

 

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Lubię prowincję nie całkiem prawdziwą. Trochę podkolorowaną na własne moje podobieństwo tak, żeby kwiatki w doniczkach, gdy trzeba kwitły po oknach i koty łaziły po dachach, a dachy najlepiej by były spadziste.

Lubię miasteczka, ze zgięcia mapy, takie, że nazw ich zna się w najlepszym razie połowę, że dróg do nich trzeba szukać pomimo znaków kierunkowych.

A w takich mieścinach najbardziej lubię dni wyparzone od słońca, od światła wyblakłe miękkie i łagodne plecy rynków, ramiona uliczek z niską zabudową zlewającą się z niebem i kurzem po równo.

Albo dni zimne i pochmurne, od których wyostrzają się krawędzie, od których koty złażą z dachów i smutno milcząc chyłkiem przebiegają po żebrach drewnianych płotów, po klawiaturze pustych, nieznacznie powykręcanych od ciągłej samotności chodników.

I jeszcze, rzecz oczywista, poranki wiosenne, kiedy w powietrze wilgotne i lepkie od mgły można zanurzać – zupełnie jak we włosy – ręce spragnione niewinnej pieszczoty. Kiedy od wilgotnego asfaltu odbijają się z hukiem niepojętym szepty rozwijających się powoli i nieprzerwanie liści.

A poza tym, lubię jeszcze w tych miastach i miasteczkach te korowody dni zwyczajnych, zwyczajnie szarych i deszczowych, w które, jeśli już coś ma się zdarzyć to tylko i na wieczność. Bo tylko w wieczności jak w miękkiej pierzynie topią się rzeczy ważne i ostateczne. I tylko na tej sennej koniecznie prowincji nie sposób takich przeoczyć, zawieruszyć czy zapomnieć.

sobota, 31 marca 2012

I dopiero tamtego dnia zrozumiała, że słowa mogą nic nie znaczyć. Że mogą się przelewać jak wino i jak woda przez ostre szklanek krawędzie i znikać w drodze między surowym naczyniem i równie spokojną podłogą ot tak, po prostu bez wrzasku bólu, tchnienia niemocy, bez zmrużenia oczu, bez najmniejszego nawet mgnienia. I właśnie tego dnia pojęła, że można odejść bez pożegnania i nie na zawsze ale na wieczne powracanie. A przecież jeszcze chwile temu, powiedzcie – przecież widzieliście sami, sunęła po krawędzi, to znaczy ponad swoją drogą i chociaż trudno w to uwierzyć po jednej ręce miała szare deszcze, a po tej drugiej łagodne słońca i lekko falujące łąki kwiatów. I szła na jednej nodze, choć brzmi to równie naiwnie, szła pewnie w swojej wierze, choć brzmi to równie niedorzecznie, w szaleństwie swoich snów wypełzłych z kąta jaźni szła pewniej niż ktokolwiek wcześniej po lanej ścianie deszczu.

sobota, 03 marca 2012

Krok za krokiem, raz za razem, przemykamy wzdłuż odmalowanych skrzętnie ścian. Sus za susem, jeden za drugim skaczemy po grubym pancerzu brukowanych ulic. Skradamy się po cichu, prawie że na palcach, tłumiąc cisnący się na usta chichot. Jakbyśmy rzeczywiście mieli po osiem czy dwanaście lat i jak gdyby wszystko dookoła faktycznie było prawdziwe. A tymczasem realny jest co najwyżej zapadający powoli, melancholijnie zmierzch i może jeszcze zapach końca lata gęstniejący z wolna gdzieś w powietrzu.

Bo przecież ani to, że śledzimy gościa zapalającego lampy gazowe, ani same lamy, wreszcie nawet ten gość nie są na prawdę. Przecież to jest wszystko jakieś niedorzeczne. Że się ciągle odwracamy za siebie, że tęsknimy choć i szczerze to też jednak jakoś głupio, bo do rzeczy i ich stanu dawno przeszłych i fizycznie nijak nam nie poznawalnych. Te wszystkie odnowione poniemieckie kamienice dookoła, arcypolskie katedry i bazyliki, niepraktyczne kostki bruku, prawie zapomniane lampy gazowe i nawet peleryna i cylinder dla faceta, który będzie je zapalał. To wszystko to jest jeden jakiś pusty sentyment, niepraktyczny i wydawać mogło by się całkiem zbędny w dobie wszędobylskich pilotów, kodów, innych uproszczeń i skrótów. Zresztą, mniejsza o dyskusje nad dzisiejszymi czasami, które tak ogromnie chciałyby ocalić wszystko, choć tak mało mają w sobie cierpliwości – nieuniknionego elementu zrozumienia.

To, że na Ostrowie jest już prawie wieczór i prawie pusto pozwala, zmrużywszy chytrze oczy, zagrać na dwa fronty, zabawić się z fantazją, zatańczyć z czasem, być i tu i tam jednocześnie, chociażby na chwilę. To też z półuśmieszkami mimowolnie wypełzłymi na wargi, w krótkich spodenkach, z właściwą zwykle dzieciom – nierówną i zawziętą opalenizną, pędzimy w nerwowym pośpiechu za tym gościem w powiewającym teatralnie i złowieszczo suknie. Falująca i błyszcząca bajecznie tkanina prowadzi nas przez gasnące w zachodzącym słońcu ulice, dookoła wyginają się półcienie. Za facetem drepcze jakieś dziecko, dziewczynka z warkoczykami, ledwo nadążająca za jego zamaszystym krokiem. Wystrojony niedzisiejszo pan zatrzymuje się przy kolejnym słupie i my też zatrzymujemy się w oka mgnieniu, w zapatrzeniu, by zachować bezpieczny i bezdyskusyjnie konieczny w tych okolicznościach dystans. Pan prostuje plecy, podnosi do góry długi czarny zapalnik, spogląda nań uważnie spod ronda cylindra i już po chwili w akompaniamencie przytłumionego świstu w latarni rozkwita żółtawe światełko. Płomień chwieje się i gnie pod lekkim podmuchem wiatru ale nie gaśnie, ale goreje ciepło i migotliwie. Pan od zapalania latarń rusza dalej. Idzie szybko, a od jego pośpiechu dywan peleryny łopocze jeszcze mocniej. Dziewuszka – pewnie córka, choć niekoniecznie przewidziana w etacie – co jakiś czas ciągnie go za różne części garderoby, uczepia się spodni albo wiesza na rękawie ale on nawet nie zwalnia i głucho tupiąc znika za kolejnymi zakrętami. Śpieszy się chłop z tą robotą. Cóż tu się w końcu dziwić, trochę głupio tak, po skończonej pracy nie wsiądzie przecież do dorożki tylko w autobus, bo dorożki są dziś tak samo potrzebne i przydatne jak te gazowe lampy i jego przy nich praca. Swoją drogą, jak on będzie wyglądał w tym autobusie czy tramwaju w swoim paradnym stroju?! Ciekawe ile Andersen naoglądał się takich obrazków zanim uznał je za dostatecznie nastrojowe i magiczne i jako takie wlepił w umysły dzieci z połowy półkuli? Gonimy za spowitym w czerń gościem jeszcze przez chwilę, jeszcze przez chwilę udajemy, że doświadczamy, smakujemy jakiejś zgoła innej czasoprzestrzeni, że to wszystko tak na serio. A potem, z jakiegoś powodu lub równie dobrze bez tego powodu, skręcamy w inną stronę, jakoś bardziej dzisiejszą i tu niczym nagły przebłysk olśnienia czy szaleństwa pojawia się pytanie: czym zajmuje się człowiek od zapalania gazowych latarń na Ostrowie Tumskim na co dzień? Kim jest z zawodu jeśli przyszło mu wykonywać także zawód tak niedzisiejszy? Pół-czarodziej, pół-dziwak wieczorową porą, specjalnie wydelegowanym na stare miasto urzędnikiem miejskiej administracji w epokowym stroju zamiast garnituru? Czym on się może zajmować? Tylko spróbuj to sobie wyobrazić…

poniedziałek, 20 lutego 2012

Po porannym deszczu na ulicy gdzieniegdzie szkliły się kałuże, z równą wyrazistością odbijały nasze twarze oraz zachmurzone, szare niebo. Do Shatili ponoć wciąż nie dało się dojechać, choć do końca nikt nie wiedział, bo i nikt tam jeździć nie zamierzał. Zeszliśmy na dół do ciągnącej się nad rzeką kamienistej drogi i skręciliśmy w lewo, to jest na północ. Wobec braku innych pomysłów oraz powszechnych problemów informacyjnych nasz naprędce sklecony plan zakładał dotarcie czym się da jak najwyżej się da. Mijaliśmy właśnie ostatnie zabudowania w Magharoskari, gdy na drodze pojawił się pierwszy samochód. Wyblakło zielona niva doskonale wpisywała się w nieskomplikowane założenia ostatniego pomysłu toteż skwapliwie wtaszczyliśmy się do środka jak tylko się zatrzymała. Auto omijało co większe kałuże, ślamazarnie wlokło się do przodu, kilka kilometrów za wsią natrafiło na łagodnie falujące morze kłębiastych owiec. Wypalając kolejnego papierosa nieporuszony kierowca spokojnie zagłębiał się w ruchomy brudno biały dywan co jakiś czas trąbiąc na zuchwale brykające tuż przy kołach zwierzęta i wymieniając zdawkowe pozdrowienia z jadącymi konno pasterzami. Przebiwszy się przez donośnie ryczące stado przejechał jeszcze kawałek i skręcił w las, gdzie miał swój dom my zaś zostaliśmy na powrót sami na pustej drodze. Wędrowaliśmy wzdłuż rzeki, niebo rozjaśniało się co jakiś czas i wtedy z błękitnych łąk spadał na nas garściami złocisty pył majowego słońca. Kąpaliśmy się w jego blasku unosząc ku górze złaknione światła twarze. Okolica była wyludniona. Dość powiedzieć, że podczas pond dwugodzinnego marszu spotkaliśmy jednego jeźdźca, dwa załadowane po brzegi samochody i kilka skrzętnie poukrywanych w zaroślach, przytulonych do wzgórz domów. W dodatku co najmniej połowa z nich była pusta. W Khevsureti tak jak nigdzie indziej do tej pory dawała się we znaki atmosfera osamotnienia. Choć to raczej wątpliwe, zdawało mi się, że tutaj znacznie częściej słychać było o tym jak ciężkie jest życie w górach, jak wielu ludzi wyjeżdża i jak mało wraca, jak rok za rokiem przybywa porzuconych zagród wystawionych na pastwę żarłocznej roślinności i zaborczych sił natury.

W ciszy pustej doliny pod falującymi w górze obłokami traciliśmy już nadzieję, że dotrzemy dalej niż tam dokąd zaniosą nas własne nogi. Huk nadjeżdżającego autobusu zmieszał się z hukiem rzeki i zobaczyliśmy go w ostatniej chwili, gdy już miał nas wyprzedzać. Właściwie to mieliśmy szczęście, autobus z Dusheti odchodzi raz dziennie przez cztery dni w tygodniu, w następne trzy jeździ coś z Tbilisi. Obydwa kursują jedynie do Korshy czyli jakieś pięćdziesiąt kilometrów przed Shatili. Tam, do najwyżej położonej przy tej drodze wioski pojazdy dojeżdżają jedynie w pełnym lecie, kilka razy w tygodniu. Zresztą te ciągnące z Tbilisi marszrutki wypełniają przeważnie turyści, bo w Shatili nie ma już prawie stałych mieszkańców, a ci co z jakiś powodów zostali chyba od zawsze umieli obchodzić się bez dóbr niesionych z miasta i radzić sobie z oddaloną od wszystkiego samotnością górskiej wsi.  

Autobus był z rodzaju tych niezniszczalny. Potężny, ciemno-żółty, zipiący z wysiłku, prychający ze zmęczenia i od czterdziestu lat nie zastąpiony na wyboistych kaukaskich drogach. W środku siedziało kilkoro pasażerów, cicho rozmawiając wpatrywali się jak i my w sunący za szybą krajobraz. Wspinaliśmy się coraz wyżej, przekraczaliśmy kolejne całkowicie lub częściowo pozbawione barierek mosty, pochylaliśmy się nad wartkim nurtem płynącej w dole rzeki. Po drodze mijaliśmy przepastne i ciemne czeluści tuneli kolejowych, które przewiercono w latach osiemdziesiątych w ramach budowy trasy Władykaukaz-Tbilisi. Nim zaczęto układać tory wybuchła wojna, w skutek czego wykute w skałach gardziele do dziś pozostają rozpaczliwie puste. Koło południa dojechaliśmy do Barisaho, potem Korshy. Przed kilkoma dniami mieszkańcy obu wsi zaczęli przeprowadzać się do letnich domów ustawionych jeszcze wyżej na niezalesionych zboczach. Dla sezonowo migrujących górali wydłużono trasę autobusu, pojechaliśmy i my. Po upływie kilkudziesięciu minut dotarliśmy do celu. Kierowca zawrócił na pętli, czyli szerszym kawałku drogi i otworzył drzwi. Wyszliśmy na zewnątrz.

Jeśli raj ma jakieś ziemskie odbicie to widoczne jest ono w miejscach takich jak to. Cały krajobraz wokół był pasmem zielonych wzgórz, wypukłych obsypanych puchem trawy grzbietów i wklęsłych zalesionych dolin. Od jednej linii horyzontu do drugiej zielone, zielone góry stykające się z samym niebem i cisza, taka ogromna, zatrważająca, zachwycająca. W takich miejscach człowiek unosi się kilkanaście centymetrów ponad ziemią, zamiast iść sunie bezwiednie w na przestrzał otwartej przestrzeni, niewykluczone, że prowadzą go wówczas anioły. Kręciłam się w kółko z szaleńczym uśmiecham nie mogąc znaleźć słów, które zdołały by objąć swym znaczeniem ten kawał surowej ziemi przylgnięty do spokoju nieba. Z autobusu wysiedli już wszyscy podróżni, stromą ścieżką ruszyli pod górę. Na jej końcu jak stara baba w podkasanej wielowarstwowej spódnicy siedziała kamienna wioska. Narosłe piętrowo domy przylegały wprost do zbocza. Płaskie dachy tych z dołu służył za podwórka innym postawionym nad nimi. Poszliśmy za mieszkańcami, mijając leżących przy drodze mrukliwych górali. We wsi nie za bardzo było gdzie się zatrzymać. Ludzie posprowadzali się dopiero przed dwoma dniami i nie zdążyli jeszcze uporządkować gospodarstw, przywieźć potrzebnych sprzętów, produktów, żywności. Zresztą jak tylko doszliśmy do zabudowań wokoło zrobiło się ciemno i z nieba runęła ciężka zasłona deszczu. Przed nami wciąż było jeszcze całe popołudnie. Nie chcieliśmy spędzać go siedząc w chałupie na niebiańskim zadupiu popijając, z braku innych zajęć, świeżo zaparzone liście mięty. Jeszcze raz przeszliśmy przez wioskę, zachłannym spojrzeniem omietliśmy piękną choć rozmazaną już od deszczu okolice i wąską ścieżką ruszyliśmy w dół. Na drodze nie było nikogo, ani biegających wcześniej dzieci, ani milczących posępnie górali, odchodziliśmy więc bezszelestnie, prawie niezauważeni, bo raj prawdziwy to raj samotny i koniecznie opuszczony.

Maszerowaliśmy w strugach ulewnego deszczu, w mokrych ubraniach, w młode popołudnie. Szybko znaleźliśmy się ponownie na zalesionych wysokościach ale i tu droga była namiękła i zdradliwie śliska. Szelest spadającej wody potęgował płynący dołem potok i uginające się pod ciężarem kropli liście. Znowu nie usłyszeliśmy nadjeżdżającego z góry autobusu. Zresztą nie mam najmniejszego pojęcia skąd on się tam wziął, bo nie widzieliśmy go nigdzie po drodze, a ten kursowy odjechał, co z kolei stwierdziliśmy naocznie jakieś dwie godziny wcześniej. Przy rosnącym bólu głowy, w roztrzęsionym pojeździe, gdzie oprócz nas był jeszcze tylko kierowca przyszło mi na myśl, że może ma on coś wspólnego z aniołami błąkającymi się po niwach zielonych o te kilka kilometrów wyżej, skoro zjawił się ot tak na ziejącej pustką trasie i z szelmowskim uśmiechem spod błękitnych oczu zabrał nas do Korshy… Sprawa pozostaje otwarta. Co jednak pewne to to, że autobus-widmo zawiózł nas do mijanej kilka godzin wcześniej wioski, do domu malarza, gdzie mogliśmy osuszyć rzeczy i przenocować.

W obwieszonym doszczętnie bajecznymi obrazami mieszkaniu na skraju wsi grzaliśmy się przy ustawionym w rogu piecu. Nad nim wisiała misterna konstrukcja ze sznurków i haczyków umożliwiająca suszenie w tym samym czasie dość licznej garderoby. Czarnowłosa żona malarza zaparzyła dla nas dzbanek mięty, przy jej zapachu sączyliśmy zawilgłe, szare popołudnie. Wieczorem, gdy minęła codzienna pora deszczu, niebo rozpogodziło się, a w kałużach zalśniły znów drobinki słońca. Wyszliśmy na spacer. Syn malarza zabrał nas do założonego przez rodzinę muzeum etnograficznego Khevsureti. W kilku pomieszczeniach pomiędzy ludowymi sprzętami z żelaza i drewna wisiały regionalne suknie i płaszcze, zdobione monetami, brzęczące i piękne kaftaniki dla kobiet, stare zdjęcia, instrumenty muzyczne oraz obrazy lokalnych artystów. Obejrzeliśmy wszystko dokładnie, chłopak wrócił do domu my  łaziliśmy dalej. W Korshy ktoś nas usilnie zapraszał na wódkę, w Barisaho chciano nam sprzedać ręcznie robione skarpety. Do domu malarza wracaliśmy nocą. Nad wioską nisko wisiały rozciągnięte po pogodnym niebie gwiazdy, z niewielkich domów płynęły ku nim proste słupy srebrnego dymu. Gdzieś na gołej ziemi pod płotem siedzieli młodzi chłopcy. Rozmawiali tak cicho, że ledwo dało się zauważyć ich obecność. Khevsureti oddychało głęboko i spokojnie, tylko ziemia i niebo, wielka, bezgłośna samotność.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6