W gruncie rzeczy na mało czym się znam, więc tylko patrzę dookoła. Patrzę i staram się widzieć, co widzę nawlekać na cieniutkie zdań niteczki, zamykać w słów paciorki. I chciałaby patrzeć jeszcze szerzej i chciałabym widzieć ciągle głębiej i słyszeć chciałabym słuchem pełniejszym od dźwięku a nawet od milczenia i słów znać więcej jednoznacznych i z nich wyplatać wielobarwne obrazy... Ale wszystkiego nie napiszę, o wszystkim można tylko marzyć - jak przeczytałam już kiedyś w jednej książce.
piątek, 29 listopada 2013

Weź i właduj baby do bani, niech se posiedzą z godzinę w porowatym powietrzu gorącym i lepkim, miękkim w dotyku jak gąbka. Włażą najpierw baby do przedsionka, wyłuskują zastałe - ze zmęczenia czy nudy mijającego właśnie dnia - ciała z łupin niebieskich jeansów, ze skorupek kolorowych koszulek, z makijażu wrażeń. Otulone w puch białych ręczników, jedna za drugą, jak ustawione w rzędzie długoszyje gęsi, prześlizgują się przez wąskie drzwi do drugiego pomieszczenia, zrzucają ostatnie pióra grubego materiału i w pośpiechu ładują się do niewielkiego basenu.

Twarze mają baby czerwone, nalane i pełne, szkliste od potu. Co rusz zanurzają swe ciała w przepaści kipiącego ciepłem basenu, aż wystającej na powierzchnię głowie zaczyna brakować tchu. Przez chwilę walczą same ze sobą, same przeciw niczemu, dopóki napięte i purpurowe od tej podwodnej bezowocnej walki członki nie dadzą za wygraną i nie wyciągną się znów na bezpiecznej krawędzi basenu. Półleżąc w półmroku baby plotkują ożywione, chichoczą, bezmyślnie machają nogami....

 

niedziela, 17 marca 2013

Panorama za oknem kąpie się w porannym słońcu, długie i ostre promienie przebiegają slalomem pomiędzy drzewami, podpalają górujący nad okolicą czubek mostu. Można by w tym oknie spędzić cały dzień, oglądając teatr chmur i świateł, takie miejsce… Ale jak tu siedzieć w jednym pokoju, kiedy chciałoby się tak za tym słońcem, za tym niebem, za tą chwilą dziwną jakąś, w której to co jest, jest dokładnie tak jak być powinno.

Wszystkie dworce rano, wszystkie dworce w ogóle mają jakieś knajpy czy speluny otwarte w najbardziej niespodziewanych godzinach, przepełnione oczekiwaniem, ulotnością zdezorientowanych spojrzeń, niedorzecznych spotkań. Siedzimy przy stoliku obok okna, grzejmy się w słońcu, nie zmieściliśmy się do autobusu, przyszliśmy po prostu trochę za późno i jeszcze pomyliliśmy nazwę miejscowości do której chcieliśmy jechać, więc kasjerka nie sprzedała nam biletów, a i kierowca kategorycznie odmówił przejazdu w mgliście określonym kierunku. Potem próbowaliśmy z innym autobusem zmierzającym w przeciwną stronę, bo właściwie jaka to różnica, ale tam też akurat zabrakło wolnych foteli.

No to co, no to siedzimy w dworcowym barze czekając na następny kursowy. Przy stoliku obok jakaś para chyłkiem opróżnia buteleczkę jagermeister. Kobieta ma ciemne związane w kucyk włosy, mężczyzna jest słoniowaty i łysiejący. On przynosi im hot-dogi, ona rozlewa trunek do plastikowych kieliszków. Dziesiąta rano. I choć kieliszkom brak smukłej nóżki tamci zgrabnie wychylają jeden za drugim nie patrząc przy tym na siebie, przygryzając niespokojnie bułkę z parówką.

Przez brązowy alkohol słońce świdruje jak przez bursztyn. Minęła prawie godzina. Do naszej piątki dołączyła jeszcze jedna piątka znajomych, którzy zaplanowali na ten dzień wycieczkę na jeziora wypożyczonym samochodem ale ponieważ rzeczony samochód przez 2 godziny nie odpalił przyszli na dworzec, na którym i my wciąż jeszcze byliśmy, bo z tym pierwszym autobusem wyszło jak wyszło. Przeznaczenie wisi w powietrzu. A jeziora są tu dość liczne.

Stoimy na poboczy drogi. W słońcu. Zdaje się, że coś tańczy nam w kącikach oczu, coś się srebrzy, coś figlarnie się tam mieni ale jak odwrócić głowę dookoła jest tylko krajobraz zimowy, puszysty, przytulny. Jedziemy stopem. We wsi, w której wylądowaliśmy żaden zatrzymujący się autobus nie ma dziesięciu wolnych miejsc. Sceptycy czekają jeszcze na przystanku. Wiatr nam czesze włosy. Opowiadam Lioszy jak to jest podróżować stopem, że najpierw się coś planuje i na mapie to idzie tak łatwo, a potem stajesz na krawędzi szosy i nie możesz sobie wyobrazić, że pojedziesz dokądkolwiek ale zatrzymuje się pierwsze auto, wsiadasz i nagle przepełnia cię uczucie – takich pięknych i nieogarniętych w swej prostocie – szczęścia i wolności. Już nie jest tak ważne dokąd jedziesz, już droga sama w sobie stanowi treści i sedno.

– Miałaś rację – szepcze mi Liosza onieśmielony najwyraźniej milczeniem naszego kierowcy i jego towarzyszki. W akompaniamencie przygrywa nam dziarska estońska muzyka – Wiem, że miałam – Po godzinie cała dziesiątka jest na miejscu. Sceptycy też stopem, za sceptyzmu uwolnieni, ze sceptyzmu rozgrzeszeni.

Przyjechaliśmy na jeziora. Zdawało się jeszcze ciagle, że zimą nie ma wielkiej różnicy między nimi a gruntem dookoła i że taki cel podróży musi być ledwie błahym pretekstem, nonsensownym wybiegiem dla polepszenia krążenia w zastałych naszych ciałach, w znużonych bezruchem kończynach. Z daleka przecież takie zamarznięte jezioro z trudem daje się  w ogóle odróżnić od pola. Z bliska, z początku sprawa przedstawia się podobnie. Ale wychodzimy z trzcin. Nie widać nic na horyzoncie. Nie widać horyzontu. Oślepiająca biel zalanego słońcem śniegu wtapia się w biel przeszytego słońcem nieba. Nie opuszcza mnie pewność: pod przymrużonymi z bólem oczami uśmiechamy się ufnie. Piękno bywa jednobarwne. Jeszcze wczoraj nie wiedziałam….

poniedziałek, 25 lutego 2013

Obudziłam się już na rogatkach miasta, po obu stronach drogi wyrastały zgrabne i pakowne jak pudełka sześciany biurowców, potem lotnisko a jeszcze przed nim dostrzeżona w ostatniej chwili kątem oka gruzińska restauracja „Pirosmani” (a jakże!). Zaraz, zaraz, gdzie ja jestem? Co to za miasto się tutaj zaczyna od słupów białego dymu kłębiącego się na mroźnym powietrzu? Tallin… przecież właśnie Tallin mi się przed chwilą przyśnił! W moim śnie był zrobiony głównie z piasku, złota i porcelany, może były też tam jeszcze elementy czekoladowe ale pewna tego faktu nie jestem. Na ile proroczy może być sen wypełniony pozłacanymi łbami lwów i czerwonymi serduszkami z pluszu? – na tyle na ile mu pozwolić.

Wspinamy się po schodach, na krzakach po lewej z rozwieszonych na gałęziach zielonych, plastikowych woreczków wróble wyjadają jakieś ziarno – ale grube! – zauważamy z Zsuzsi niemal równocześnie. Następny przystanek przed parlamentem – różowym jak diabli. Estończycy mają w sobie coś takiego, że się siebie nie wstydzą, że zdają sobie sprawę z tego na ile mało znaczącym wydaje się ich kraj i wcale nie czują potrzeby udowadniać, że jest na odwrót. Przekonywać, że gdyby nie Estonia to świat by się rozpadł albo i wcale nie powstał. Może co najwyżej ludzkość nie znałaby skypea, o tym jednym zdecydowanie nie pozwalają zapomnieć.

– No tak, tak, mamy łososiowy parlament… no wiem, że to różowy po prostu – zanosi się od śmiechu Heili – ale chociaż dzieci mogą się przed nim wozić na sankach, jak widzicie nie ma tu tłumu ochrony, po co nam ochrona – pyta z niegasnącą figlarnością w oczach energiczna blondynka. – Powiem wam coś jeszcze, skoro już tu jesteśmy. Jeśli posłuchacie estońskiego hymnu to może wam się nawet spodoba, w sumie czemu nie? Tylko jeśli później posłuchacie finlandzkiego hymnu to z kolei możecie poczuć się troszkę skonfundowani. No to zdradzę wam już teraz: tak, melodia jest taka sama. Słowa się różnią ale melodia jest jednakowa. Wzięliśmy sobie ją, bo nam się podobała. Tylko być może Finom nie podoba się takie rozwiązanie ale kto by sobie tym głowę zawracał?!

Wędrujemy dalej przez stare miasto dbając, by żyło wiecznie w kolorowych zdjęciach na facebooku. Nie ma o czym opowiadać, wszystko można wygooglować.

Kolejna stacja to stacja kolejowa. Tuż obok niej jest wielki ruski targ. Można tam kupić: owoce, warzywa, ubrania, sprzęt AGD, książki, gazety, zsrrowskie pamiątki w postaci Stalinów, Leninów i innych im podobnych, są ponoć także paszporty i kałasznikowy – jeśli by dobrze poszukać. A z targu nad morze! Po drodze, której nie znamy, mija nas auto z wystającym przez okno do połowy młodym człowiekiem wrzeszczącym złowrogo i donoście po rosyjsku na staruszka, co w złym widocznie miejscu przeszedł drogę. Pierwszy i jedyny lew wyglądający z zaciekawieniem przez otwarte drzwi jakiejś knajpy. Potem jeszcze rzędy drewnianych domów i zabudowane, industrialne wybrzeże. Jedynie mewy zdają się pamiętać co to za miejsce pokrzykując w poprzek uderzających o brzeg fal…

sobota, 09 lutego 2013

Muzyk siedzi na podwyższeniu, może po turecku, albo pewnie klęczy pochylając się nad instrumentem z plastikowych strun i długiego kawałka drewna o bordowym zabarwieniu. Jego palce szarpią mlecznobiałe żyłki, spod których wychodzi dźwięk boleśnie przenikliwy i ostry, jakimś sposobem podciąga je czy podwija przez co melodia brzmi jeszcze bardziej żałośnie, płaczliwie. Te dźwięki płynące z jego rąk unoszą się powoli, w oddaleniu jeden od drugiego, tak jakby ktoś powkładał pomiędzy nie szpilki – chcąc je złączyć trzeba zranić sobie palce….. albo serce. Tutaj każda jedna nuta musi wybrzmień osobno do samego końca. One nawet, gdy na siebie nachodzą to się nie dotykają. Trochę tak jak my. Wczoraj Haruka płakała. Z podwiniętymi nogami siedziała na stołku w kuchni, kołysząc się kwiliła jak maleńkie dziecko czy zwierzątko. Tacy inni jesteśmy, że nawet płakać musimy inaczej ale czy to znaczy, że boli nas nie tak samo? Że może ktoś ma tego bólu mniej a inny więcej, że jeden ból jest jak obce ciało a drugi raczej bliski, oswojony? W jakich jednostkach można by go mierzyć i czemu jeszcze nikomu to nie przyszło do głowy….

Wieczorny koncert muzyki japońskiej zorganizowano w uniwersyteckiej auli, przyszło niemało ludzi zapełniając prawie wszystkie krzesła z szarym obiciem. Podwyższenie dla muzyków umiejscowiono pod kolumnadą, za nimi były drzwi, przed nim publiczność. Staruszek z rzędu obok przeglądał wnikliwie gazetkę promocyjną z apteki, w tym czasie wysoki Estończyk zapowiadał artystów, potem się zaczęło. Dźwięki ulatujące z koto jak wstążki wiły się wokół białych kolumn wzlatując ku górze. Rozbijały się o różowo-biały sufit choć z łatwością mogły by go zburzyć, jak każda emocja o stokroć silniejsza od ludzkiej myśli. I nagle cisza cięższa niż najcięższa kurtyna i później uderzenie paznokci o pudło – trzask i znowu cisza. Pierwsze dźwięki kolejnego utworu, całkowita koncentracja, jak gdyby coś się za chwilę miało zacząć, a może to się właśnie ciągle zaczyna? Staruszek dłubie w zębie. Kobieta w żółtej bluzce ekspresyjnie odrywa się od bieli ściany. Ogromna liczba Japończyków w jednym miejscy w Tartu: Haruka, jej dwie koleżanki, personel ambasady i artyści. Przyszliśmy w ostatniej chwili, Haruka nas zabrała. Nad muzyką najlepiej się zatrzymać, dotknąć jej, zamknąć oczy, ubrać się w nią i płynąć. Zapomnieć o klasycystycznej to jest nudnej auli, o mieście, które przewodniczka malowała zaskakująco barwną kreską choć nie tak znowu wiele w nim zaskakuje, a mogło by, jeśli by tylko się na to nie szykować.

 

https://www.youtube.com/watch?v=o4ZVesCNwOM 

czwartek, 25 października 2012

Noc w osadzie, a tu księżyc taki jasny, tak go pełno wszędzie! Srebrzą się chatynki, bóg wie co się srebrzy jak tam prawie nic nie ma… Chmury pędzą po niebie, gnają nad lasem jakby chciały wioskę jak najszybciej minąć, obejść, zniknąć. Ten księżyc tylko, wścibski taki, zagląda bez pytania w żółte od świeczek okienka. Noc spokojna i cicha tuli w siebie wioskę tak, że ta ledwo z jej ramion wystaje. Prawie jakby jej nie było skoro jej nie widać i nie słychać. Pojawi się na nowo dopiero nad ranem, otrząśnie się z lepkich mgieł głosem dzieci zmierzających do szkoły, ich rodziców zabierających się bez pośpiechu za życie, zarysuje niepewną kreską i na moment po lewej stronie drogi w oczach turystów wędrujących do parku.

Zbudzić się w cudzym łóżku, w cudzym domu, w cudzych snach. Ten dom to cztery ściany, sufit z pobielonych wapnem bali, jakby ręką uklepany, lichy tynk pomalowany na pomarańczowo. W jednym jedynym pokoju jeszcze jakieś szmatki w kwiatki rozwieszone jak obrazki, jeszcze jakieś sznury chudych sztucznych kwiatów pełzające wzdłuż tych ścian. Lustro, piec z brązowych kafli i z metalu zakopcony rura-komin. Parę mebli od kompletów paru, ciepło-czuły dywan, jedno okno, duże łóżko, nie ma stołu. Ten dom to tak bardzo, bardzo mało. Kilka oczywistych cudzych pragnień, trochę cudzych prostych marzeń, a po kątach kłębki snów. Postarzałe firanki i z łoskotem zatrzaskujące się drzwi – bo podłoga krzywa. A myśmy w nie weszli nie wiedząc wcale, jak to jest, gdy takie mało znaczy wszystko.

W cygańskiej osadzie mieszczącej się w adresie słowackiej wsi Letanowce tuż przy granicy parku narodowego Słowacki Raj dzień zaczął się wcześnie. Dzieci wysłano do szkoły, zabrano się do powszedniej pracy. Co tam komu potrzeba. Pogoda jeszcze śliczna, więc na przykład masowo pierze się dywany. Na betonowym mostku, nad mulistym na pół zarośniętym kanałem. Ale się pierze, szoruje. Jak się chce. Można jeszcze na asfalcie nieopodal pompy zasilającej w wodę pitną całą społeczność. Tyle, że tu ciągle kolejka z wiadrami... Albo chodzi się do lasu po drzewo. Mężczyźni chodzą, podrośnięci chłopcy chodzą i co żwawsi starcy też chodzą. Nie na darmo park nazwano ***Rajem – z wyniesionych stąd na plecach pni w osadzie buduje się domy, potem drzewem z tego samego parku się je ogrzewa. Jak się tylko da. Jak tylko można. Nawet jeśli nie można, no bo przecież trzeba. I jeszcze te wszystkie kobiety, co jak się już zabiorą do prania, to przy tarce spędzają prawie cały dzień młócąc w rękach niezliczone ilości odzieży licznych dzieci. Potem przy każdej chałupie suszą się ubrania, fruwają na wietrze, a dzieciaki dalej umorusane, bo wiadomo: bawią się na dworze, na ziemi. Zimą gdzie się to wszystko wiesza? Gdzieś trzeba…

W osadzie domy stoją w nikłym porządku, czasem daje się wyróżnić coś na kształt ulicy ale bez większej regularności. Gdzie kto sobie jedno czy dwuizbową chatynkę postawił tam sobie wielodzietną rodziną mieszka. W dzień po wiosce biegają dzieci i psy, i jedne i drugie w sekundzie rejestrujące jakichkolwiek obcych. Stoimy między chałupami obok domu gospodarza. Gdzieś byśmy ruszyli ale jak tu tak w osadę bez powodu i bez zaproszenia. Stoimy jeszcze chwilę. Ktoś skinął na nas ręką. Idziemy. Aparat działa jak przepustka. Chodzimy od progu do progu, jednej grupki do drugiej. Pewien Cygan, wielki jak drzwi, zaprosił nas do środka, poczęstował herbatą. W jego domu w komodzie za szkłem wystawione były serwisy – wszystkie wybrakowane, z filiżankami bez uszek, wyszczerbionymi spodkami, a jednak ustawione zupełnie jak przyzwoite, niczym dowód zamożności właściciela. Kiedyś dowodem niecodziennego bogactwa byłby też telewizor. Jeszcze przed rokiem w osadzie można było znaleźć tylko jeden odbiornik i do tego czarno-biały. Teraz prawie każdy ma nowy płaski ekranik zasilany na baterie, akumulator czy bóg wie co, na którym z lubością całe rodziny oglądają tandetne latynoamerykańskie seriale. Jest w osadzie jeszcze jeden wyznacznik dostatku – wychodki. Drewniane i przeraźliwie wąskie, zamykane na malutkie kłódeczki stoją w grupkach w niewielkim oddaleniu od zabudowań. A kto nie ma kibelka, a takich jest wielu, musi latać po polach i krzakach i tak się składa, że najbardziej zasrana jest droga biegnąca wzdłuż granicy lasu, wzdłuż Słowackiego Raju…

 

***

           

Z Letanowiec cygańskiej osady wcale nie widać, jest dopiero za torami i za górką, jakieś trzy kilometry dalej dziurawą szosą, pod samym lasem. W Letanowcach jest prąd, woda, kościół, sklep i szkoła – to znaczy jakby – jest wszystko. Miejsce, gdzie znajduje się wszytko czego człowiekowi trzeba, zwykł nazywać człowiek rajem.

          

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7