<?xml version="1.0" encoding="ISO-8859-2"?>
<rss version="2.0">
  <channel>
    <title>Są drogi, po których jeździ się tylko nocą.</title>
    <link>http://grazkafraszka.blox.pl/html</link>
    <description>W gruncie rzeczy na mało czym się znam, więc tylko patrzę dookoła. Patrzę i staram się widzieć. Co widzę nawlekać na cieniutkie zdań niteczki, zamykać w słów paciorki. I chciałaby patrzeć jeszcze szerzej i chciałabym widzieć ciągle głębiej i słyszeć chciałabym słuchem  pełniejszym od dźwięku a nawet od milczenia i słów znać więcej jednoznacznych i  z nich wyplatać wielobarwne obrazy... Ale wszystkiego nie napiszesz, o wszystkim można tylko marzyć - jak przeczytałam już  kiedyś w jednej książce.</description>
    <lastBuildDate>Sat, 5 May 2012 19:26:53 +0200</lastBuildDate>
    <item>
      <title>Pora mandarynek</title>
      <link>http://grazkafraszka.blox.pl/2012/05/Pora-mandarynek.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Jeśliby dzielić miesiące na zapachy to listopad pachniałby mandarynkami. Nie dlatego, że wtedy owoców było najwięcej, bo przecież aż do lutego wiodły niepodważalny prym na miejskich bazarach i w wiejskich ogrodach, ale dlatego, że właśnie wówczas to się zaczęło. Najpierw mandarynkami pachniały palce. Od rozrywania grubych i mięsistych skórek robiły się żółte i szorstkie. Całymi dniami przenosiły ukradkiem osiadłą w szczelinach naskórka słodką woń, bezwstydnie dotykalną i zmysłowo ciepłą. Potem ich zapach wkradł się w wieczory. Z porozrzucanych na stole owoców, z rozdartych bezgłośnie kawałków wypływał przez framugi otwartych drzwi i okien aż do zastygłej przestrzeni balkonu. Po zmroku powietrze bywało już wtedy chłodne, więc  lepkie opary unosiły się w nim jak skłębione bezładnie obłoki, kusiły w nieznanym celu i z równie tajemniczych powodów. Mamiły niedorzeczną obietnicą, drażniły nozdrza, rozpraszały uwagę. Bo zapach mandarynek był zapachem oczekiwania, żądającej spełnienia tęsknoty, ciągłego nasłuchiwania, niecierpliwego podenerwowania, jak gdyby coś co ma się wydarzyć mogło przyjść w każdym momencie choć z nieoczekiwanej strony i o nieznanej porze. W listopadowe noce zasypiało się ciężko, w pokoju pełnym od księżycowej poświaty, od gry świerszczy z ogrodów, od tej dusznej woni zasypiało się lękliwie, czy aby sen, zbyt rzeczywisty i zbyt realny, nie zniweczy tego nieznanego, co ma niechybnie nastąpić. A potem budził się człowiek o świcie i widział, że nic doń nie przyszło, że nic się nie zmieniło, a noc zniknęła i za oknem już słońce i tylko ten zapach owoców zapewniał, że nie nadaremno to czekanie, te myśli i marzenia.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Po cichu, po opłotkach wdarły się mandarynki w codzienność i wkrótce, wystąpiwszy z brzegów sennych rojeń, towarzyszyły już każdemu spotkaniu. Rozszalałe własną obfitością przechodziły z rąk do rąk, jako stały i nieodłączny rekwizyt każdej rozmowy i jej tła. Były na straganach i w niebieskich plastikowych siatkach i w dłoniach i na drzewach. Do okien rannego pociągu wdzięczyła się cała wystrojona nieskromnie Adżaria. Jaskrawe kuleczki cytrusów, jak ozdoby z okrągłych paciorków, wisiały na rozciągniętym tuż przy torach rozlazłym płótnie zielonego pejzażu, skupiając na sobie spojrzenia zaspanych pasażerów. Przy drogach w całym regionie też przecież co rusz stały kosze z drucianej siatki o wielkich okach lub samochody z otwartymi bagażnikami a w nich rzecz jasna dojrzałe i jędrne owoce. Więc miało się wrażenie, że gdzie by się nie obejrzeć tam wszędzie są mandarynki. I nawet czarnomorska kamienista plaża opustoszała późną nocą, wolna od ludzi, myśli, spacerów i psów, zdawała się pachnieć świeżością ich skórek miast wodą i wiatrem.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;Był taki dzień, gdzieś w okolicach Borżomi, gdy zmęczeni wielogodzinnym marszem wracaliśmy z gór. I szliśmy już przez dolinę, traktem wiodącym do wyjścia z parku narodowego, i śpieszno nam było i chłodno. Daleko nad skałami do zachodu szykowało się słońce, zielone łąki przecinały długie cienie, w smugach światła tańczyły lekko owady i kurz. A my wlekliśmy się szurając obolałymi stopami o podłoże aż spotkaliśmy na skraju lasu drwali. Drwale to były chłopy w liczbie kilkunastu o gibkich ruchach i silnych rękach. Mieli ze sobą piły mechaniczne i ręczne, siekiery i prastary wielki wóz odpalany na korbę, na który ładowali kloce drzewa. Wciągnąwszy na górę ostatni gruby pień obsiedli auto ze wszystkich możliwych stron. Po kilku w szoferce i na zderzaku, ktoś stojący z tyłu przyczepy i reszta na kupie pachnącego wilgocią drewna. Przy takim obciążeniu i przy takiej wytrwałości pięć dodatkowych osób nie robi w zasadzie różnicy toteż i nas zabrali na pakę i ruszyliśmy z wysiłkiem między urwiska i skały. Z nogami opartymi o kabinę szoferki, z wiatrem we włosach, w pokłonach przed powłóczystymi gałęziami brzóz, z perspektywy kilku metrów ponad ziemią posyłaliśmy w wąwóz olśnione spojrzenia. Z zachwytem w źrenicach, z szerokim uśmiechem wjeżdżaliśmy na grzbiecie wiekowego wehikułu do rodzinnej wsi drwali o pięknych ogorzałych słońcem twarzach i głębokich jak studnia spojrzeniach. Skoro tylko wąską piaszczystą uliczkę wypełnił huk wracającego z lasu auta na spotkanie z bram wybiegły dzieci, a przez okienne ramy przechyliły się wiekowe baby. Wioska witała swych synów figlarnym uśmiechem, jak tylko spostrzegła, że wracają z roboty nie z samym ładunkiem ale i grupką potarganych, zgrzanych dziewuch i jednym nadprogramowym chłopaczkiem. Jak w triumfalnym pochodzie obwieźli nas drwale przez pół osiedla, pościągali wreszcie z przyczepy, wycałowali policzki, a w dłonie powtykali, nic innego jak, świeże mandarynki. I znowu dzień pachniał tak samo, tak jak  listopadzie właśnie pachnieć powinien.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;</description>
      <author>rywka18@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category>Gruzja (2010-11)</category>
      <guid>http://grazkafraszka.blox.pl/2012/05/Pora-mandarynek.html</guid>
      <pubDate>Sat, 5 May 2012 19:26:53 +0200</pubDate>
    </item>
  </channel>
</rss>


